miniatura
517

 

Są takie chwile w życiu, kiedy wzdychasz: „Chwilo trwaj!”. Może gdy leżysz na słonecznej plaży, podziwiasz widok górskich grzbietów czy spokojnie delektujesz się filiżanką kawy, wpatrując się w gwar ulicy? Na samą myśl o tym, chciałbyś wrócić do tych momentów. Ale nadchodzą też takie sytuacje, gdy myślisz z niedowierzaniem: „To się nie dzieje naprawdę”.

Próbujesz otrząsnąć się z tego, co usłyszałeś, zobaczyłeś lub doświadczyłeś, jak ze złego snu, ale „to” nie mija, bo dzieje się naprawdę. I jest gorsze niż sobie wyobrażałeś nawet w najczarniejszych scenariuszach dotyczących twojego życia.

A gdy nie jest to jeden moment, ale wręcz cały cykl lawinowych wydarzeń, wtedy… No właśnie, co wtedy? Najchętniej wypisałbyś się z życia, zapadł w sen zimowy lub zahibernował się do czasu „aż przeminie nieszczęście”. Ale nie możesz, bo jesteś w samym oku cyklonu, który nabiera tempa i wiruje, wciągając cię coraz głębiej. Jak długo to potrwa? Nie masz pojęcia.

Nie było guza

W dniu 26 listopada 2019 roku mój mąż Leszek Czyż, proboszcz parafii w Wiśle-Malince, poddał się planowanej wcześniej operacji wycięcia guza, który na jego pęcherzu, dostrzegło podczas badania USG trzech chirurgów. Jak się okazało podczas operacji, guza… nie było. Dziękowaliśmy Bogu, bo podejrzenia były poważne. Jednak w nocy po operacji, gdy Leszek wracał z łazienki, stracił przytomność i upadł, uderzając w metalową ramę łóżka. Ocknął się dopiero, gdy leżał pod aparaturą. Jak się okazało, złamał nos – wieloodłamkowo i z przemieszczeniem. To, że wyglądał jak Gołota po walce, było drobiazgiem w porównaniu z tym, że groziła mu kolejna, obciążona dużym ryzykiem operacja laryngologiczna. Dzięki modlitwom i mądremu lekarzowi obyło się bez niej, ale Leszek wrócił ze szpitala do domu w stanie o wiele gorszym niż do niego szedł.

Obolały, osłabiony, z założonym cewnikiem, w dodatku badanie pokazało, że na skutek upadku ma jeszcze pęknięte żebro i lekko naruszony kręgosłup, spać mógł więc jedynie w pozycji siedzącej. Jednak powoli jego stan się poprawiał.

Nowa rzeczywistość

Aż do 11 grudnia, kiedy nasza sekretarka parafialna, zaniepokojona tym, że nie odzywa się po odebraniu telefonu, błyskawicznie przyjechała po mnie do szkoły. Zastałam go w łóżku z rozłożonymi rękami. Potrafił jeszcze powiedzieć: „Nie mo… gę mó… wić”. Jak się okazało w szpitalu, dokąd zabrało go pogotowie ratunkowe, doznał udaru niedokrwiennego mózgu. Obszar niedokrwienny był bardzo duży, 6 x 3,5 x 3,7 centymetrów, a to spowodowało, że nastąpiła całkowita afazja, która sprawiła, że ten dzień stał się w naszym życiu granicą pomiędzy starą i nową rzeczywistością. Gdy dwa miesiące po udarze (wcześniej nie miałam na nic czasu) przeczytałam wstęp do jednej z książek o udarze, bo czytałam wszystko, co znalazłam na ten temat, wydawało mi się, że ktoś opisuje przypadek Leszka: „Zapewne każdy z nas zna kogoś czy też słyszał o kimś, kto miał udar (…). Dzięki wysiłkom lekarzy został uratowany. Je-go rodzina i przyjaciele są szczęśliwi i zwykle wówczas mówią do chorego: »Dostałeś nowe życie«. Wydaje się, że teraz wszystko będzie już w porządku: człowiek wydobrzeje i wróci do normalnego życia. Tymczasem coś jest nie tak” (Wnukowska K., ABC afazji, Gdańsk 2018).

I właśnie tak było. Nic nie było w porządku. Leszek, który jeszcze dwa tygodnie wcześniej pisał i wygłaszał czterdziestominutowe kazanie, nie umiał podać jak się nazywa ani gdzie mieszka. Potrafił wymówić jedynie zdrobniałe imiona naszych dzieci, a po policzkach płynęły mu łzy bezsilności i frustracji. Stale powtarzał „przepraszam” – do dziś nie wiem za co. Próbowaliśmy, czy może łatwiej będzie mu coś zapisać, ale potrafił napisać tylko dwie litery i jeden bezsensowny wyraz. Nie potrafił też niczego przeczytać. Godzinami ćwiczyliśmy liczenie do dziesięciu i nazwy pór roku, by następnego dnia zaczynać od nowa. Znosiłam mu kartki z ćwiczeniami kaligraficznymi dla pierwszoklasistów i elementarze sylabowe.

Jak podkreślają autorzy książek specjalistycznych, na taką sytuację nikt nie jest przygotowany. Ani chory, ani jego rodzina. Gdy następnego ranka obudziłam się i zobaczyłam puste miejsce w łóżku obok, pomyślałam z niedowierzaniem: „To się nie dzieje naprawdę”. Ale się działo.

Modlitewne warty i ćwiczenia

Gdy Leszka wzięło pogotowie, zadzwoniłam do dzieci, a one powiadomiły przyjaciół i rodzinę, prosząc o modlitwę. W krótkim czasie o Leszka modliły się setki, a potem tysiące osób. Na stronie internetowej naszej parafii, z inspiracji jednego z przyjaciół, powstała lista całodobowych wart modlitewnych. Te modlitwy czułam wręcz fizycznie, jak otulający koc, z każdym dniem grubszy. Dawały mi tak niesamowity pokój, że przez kilka dni nawet się nie rozpłakałam. I sprawiały cuda, bo zaskoczony ordynator skomentował: „Ten pastor zbiera się nadzwyczaj szybko”, a jedna z pań należąca do koła odwiedzinowego cieszyńskiej parafii, westchnęła: „Chciałam zobaczyć cud i… zobaczyłam!”.

Po dziewięciu dniach Leszek wyszedł ze szpitala do domu. Odtąd prawie całe dnie miał – i nadal ma – wypełnione mnóstwem różnorodnych ćwiczeń według wskazówek specjalistów. Codzienne zabiegi z udziałem terapeutki, sesje w komorze hiperbarycznej i na specjalnej macie. Od połowy stycznia przez dziewięć tygodni przebywał na oddziale rehabilitacji neurologicznej w szpitalu uzdrowiskowym w Ustroniu. Wszystko powoli zaczynało się stabilizować. Mieliśmy nadzieję, że wreszcie odetchniemy i będziemy obserwować jedynie jego powrót do zdrowia, który – jak zastrzegli lekarze – może potrwać nawet rok.

Świat wstrzymał oddech

Ale w marcu wybuchła pandemia koronawirusa. Cały świat nagle wstrzymał oddech, wszyscy mieliśmy – i nadal mamy – wrażenie, że „to się chyba nie dzieje naprawdę?”. Pytanie: „Co teraz?”, nabrało jeszcze głębszego znaczenia. Gdy Leszek kończył rehabilitację, sanatorium pilnowali już strażnicy, którzy nie wpuszczali do środka nikogo prócz pacjentów i personelu. Od tygodni wszyscy jesteśmy odizolowani, zmęczeni sytuacją, wielu straciło poczucie bezpieczeństwa w kategoriach zdrowotnych, jak i ekonomicznych. Ewentualne zagrożenie wirusem jest szczególnie niebezpieczne dla Leszka, bo na skutek udaru jego system immunologiczny jest bardzo osłabiony.

Ewangelista Marek opisał historię znaną jako „uciszenie burzy”. Z polecenia Jezusa uczniowie mieli przeprawić się wraz z nim na drugi brzeg Morza Galilejskiego. Ale nieoczekiwanie zerwała się burza, która miotała łodzią jak łupinką orzecha. Musiała to być potężna nawałnica, bo apostołowie – bez wątpienia zaprawieni w podobnych sytuacjach – byli przerażeni.

Jakże bliskie są nam ich emocje! Czujemy się teraz podobnie jak oni. Wokół słychać grzmoty, a naszą łodzią rzuca na prawo i lewo. Nasze „fale” są może zupełnie innego rodzaju, ale nasze zdrowie i życie jest zagrożone, bo zabójczym może okazać się kichnięcie kogoś zarażonego w sklepie. Nie mówiąc o kryzysie ekonomicznym, wywołanym tą sytuacją. Boże, czy Ty tego nie widzisz?! „Nauczycielu, nic cię to nie obchodzi, że giniemy?” (Mk 4,38) – wołamy, jak uczniowie na łodzi. A co robił Jezus w środku największego sztormu? On spał! Uczniowie nie mogli zrozumieć, dlaczego nie troszczy się o to, co się z nimi dzieje?

W łodzi z Jezusem

W ostatnim czasie, szczególnie w ostatnim roku, miałam wrażenie, jakby przez nasze życie przeszedł podobny sztorm, a nawet huragan. Gdy jeszcze nie podnieśliśmy się po jednym podmuchu wiatru, następował kolejny. Ale przecież, gdy uczniowie walczyli ze skutkami burzy, Jezus był w łodzi razem z nimi! Był w samym środku wydarzeń, dzieląc ich los. Tylko że On w tych najtrudniejszych momentach odczuwał tak wielki pokój, że potrafił zasnąć. Spał spokojnie, bo sam jest Księciem Pokoju, jak prorokował o Nim Izajasz (Iz 9,5).

I taki właśnie niesamowity pokój, który przewyższa wszelki rozum (Flp 4,7), odczuwałam siedząc w sali poudarowej przy Leszku podpiętym do monitorów, a także przez okres prawie czteromiesięcznej jego nieobecności w domu. Z ludzkiej perspektywy sytuacja była krytyczna i nadal jest niełatwa, bo osoby po udarze narażone są o wiele bardziej na ponowny zawał mózgu, a skutki uszkodzenia mózgu są poważne: Leszek nadal ma duże problemy z wyrażeniem tego, co chce powiedzieć, czyta wolno, mylą mu się litery podczas pisania, a odrobina stresu powoduje, że nie jest w stanie wypowiedzieć nawet jednego słowa. Pozdrowienie wielkanocne, które trwało kilka minut, pisał przez dwie godziny, wielką trudność sprawia mu rozmawianie przez telefon. Słyszę wtedy jego bezradne i pełne frustracji: „No, no… ludzie… Czemu to tak długo trwa?!”. Codziennie godzinami wykonuje różne ćwiczenia fizyczne i logopedyczne, stale wymyślamy nowe sposoby rehabilitacji, co jest niezwykle utrudnione w sytuacji obowiązkowej izolacji i braku dostępu do jakiejkolwiek formy terapii.

Ale mamy pewność, że w naszej „łodzi”, niezależnie, jakie miotają nią burze, Jezus nas nie opuści. On jest z nami w środku każdego huraganu, nawet takiego, który zmienia wszystko, co dotychczas dawało nam poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa. Jeśli Jemu zaufamy, możemy przetrwać wszystkie burze i wyjść z nich zwycięsko.

Na zdjęciu: Widok na kościół w Wiśle-Malince (z lewej) oraz budowane centrum parafialne. fot. ks. Leszek Czyż

„Zwiastun Ewangelicki” 8-9/2020