miniatura

ks. Tadeusz Byrt (1958–2026)

W wieku 67 lat, 21 sierpnia 2026 roku w Cieszynie zmarł ks. Tadeusz Byrt, emerytowany proboszcz parafii w Wiśle-Głębcach.

Nabożeństwo żałobne, podczas którego pożegnano zmarłego, odbyło się 26 sierpnia 2026 roku w kościele w Wiśle-Głębcach, gdzie przez wiele lat był wikariuszem, a potem proboszczem.

Uroczystość rozpoczęły dzwony i procesjonalne wejście do kościoła. Po preludium połączone chóry parafialne z Wisły-Głębiec i Wisły Centrum pod dyrekcją Tadeusza Poloka wykonały pieśń O Panie mój. Zgromadzonych: rodzinę, parafian, duchownych luterańskich, gości ekumenicznych i mieszkańców Wisły powitał biskup diecezji cieszyńskiej Adrian Korczago.

Liturgię wstępną poprowadzili ks. Marcin Brzóska, ks. Marek Londzin oraz ks. Alfred Borski. W introicie zabrzmiały słowa o Dobrym Pasterzu oraz o słudze dobrym i wiernym – obrazy, które przez całe nabożeństwo wyznaczały ton ostatniego pożegnania.

Kazanie wygłosił zwierzchnik Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego bp Jerzy Samiec. Nawiązał do listu motywacyjnego, który przed laty ks. Tadeusz Byrt złożył w związku z ubieganiem się o pracę w Kościele, a także do kazań, które przedłożył komisjom podczas egzaminów kościelnych. Przybliżył postać zmarłego jako zaangażowanego, oddanego i pełnego troski kaznodzieję oraz duszpasterza.

Następnie w imieniu parafii w Wiśle-Głębcach przemówił ks. Oskar Wild, a w imieniu miasta Wisły burmistrz Tomasz Bujok. Głos zabrał również ks. Sławomir Zawada, proboszcz parafii rzymskokatolickiej w Wiśle-Głębcach. Zabrzmiały również pieśni związane z beskidzką ziemią, z którą zmarły był związany przez całe życie. Grupa śpiewacza Gronie wykonała pieśń Gronie moje Gronie, a chóry – Hen za chmurami oraz Spokojnie śpij. Liturgię końcową poprowadzili bp Marek Izdebski, zwierzchnik Kościoła Ewangelicko-Reformowanego i zarazem kolega zmarłego z czasu studiów oraz bp Jerzy Samiec.

Po nabożeństwie kondukt przejechał na cmentarz na Groniczku w Wiśle. Rozważanie oraz modlitwę zakończoną Modlitwą Pańską poprowadził ks. Waldemar Szajthauer. Biblijne wota pożegnalne wypowiedzieli przedstawiciele wszystkich diecezji Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego oraz Kościoła Ewangelicko-Reformowanego. Błogosławieństwa końcowego udzielił bp Adrian Korcza-go, a na zakończenie zabrzmiała pieśń Ojcowski dom.

Pogrzeb ks. Tadeusza Byrta

Tadeusz Byrt urodził się 3 października 1958 roku w Wiśle jako syn Jana i Ewy z domu Poloczek. Przez całe życie był silnie związany z rodzinną Wisłą: w tamtejszym kościele Apostołów Piotra i Pawła został ochrzczony, konfirmowany, a także zawarł związek małżeński z Grażyną z domu Czyż.

Pragnienie zostania duchownym zrodziło się u niego już we wczesnej młodości, na co ogromny wpływ miała głęboko wierząca rodzina. W czasach szkolnych aktywnie angażował się w życie zboru, m.in. śpiewając w parafialnym chórze.

W latach 1977–1982 odbył studia teologiczne w Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w Warszawie. Po obronie pracy magisterskiej, której tematem była historia Parafii Ewangelicko-Augsburskiej w Wiśle, odbywał praktykę przedordynacyjną w rodzinnym mieście. Ordynowany na luterańskiego duchownego został 4 grudnia 1983 roku w Szczecinie przez biskupa Kościoła Janusza Narzyńskiego w asyście ks. Jana Szarka i ks. Karola Samca. Służbę rozpoczął w rodzinnej miejscowości. W 1994 roku, w wyniku podziału parafii wiślańskiej na mniejsze jednostki, ks. Tadeusz Byrt został mianowany proboszczem administratorem nowo powstałej parafii w Wiśle-Głębcach, a w 1996 roku został jej proboszczem. W tym okresie aktywnie uczestniczył w dokumentowaniu historii luteranizmu na Śląsku Cieszyńskim, m.in. jako członek redakcji kwartalnika „Luteranin”. Za czasów jego służby wzniesiono w Głębcach kościół parafialny. W 2023 roku przeszedł w stan spoczynku.

Pozostawił żonę Grażynę, z którą przeżył w małżeństwie ponad 40 lat, syna oraz córkę z rodzinami. Jego bratem jest ks. Jan Byrt, duszpasterz parafii w Szczyrku-Salmopolu.

Pogrzeb ks. Tadeusza Byrta

Zdjęcia Szymon Brodacki


Wspomnienie brata ks. Tadeusza Byrta

Wspomnienie rozpocząć muszę od kilku słów o rodzinie, bo to rodzina, którą nam Bóg ofiarował, w dużej mierze ukształtowała nas, dzieci. Dzięki niej jestem, kim jestem i kim był mój brat Tadeusz. Wychowaliśmy się w rodzinie, w której Bóg naprawdę był i jest na pierwszym miejscu.

Wyrastaliśmy w domu, w którym nigdy nie słyszało się wulgarnych słów i dlatego tych słów nie nauczyliśmy się! Natomiast Słowo Boże było na każdym miejscu. U dziadków, którzy mieszkali naprzeciwko, bez względu na to, o której godzinie do nich wszedłbyś, na stole zawsze było otwarte Pismo Święte, naturalnie przez dziadków czytane. Nie było nawet mowy, abyśmy poszli spać bez modlitwy i bez zaśpiewania kilku wieczornych pieśni. Zarówno brat, jak i siostra, i ja, i jeszcze jeden brat wieczorne pieśni śpiewaliśmy każdego dnia. Brat Tadeusz miał dobry głos po mamie – słychać go było w kościele już w czasach jego dzieciństwa. Nie było też mowy o tym, abyśmy opuścili jakiekolwiek nabożeństwo. Jeśli byliśmy chorzy i naprawdę się nie dało wyjść z domu, to mieliśmy nabożeństwa domowe.

Od dzieciństwa braliśmy udział w szkółkach niedzielnych prowadzonych przez Marię Gawlasową, która była najwspanialszą nauczycielką na ówczesne czasy. Dzięki temu na szkółki chodziliśmy jak na najlepsze wykłady, bo to była dla nas uczta Słowa Bożego. Braliśmy z rodzeństwem udział we wszystkich scenkach, które nauczycielka ze swoimi współpracowniczkami przygotowywała na święta Bożego Narodzenia i na Wielkanoc – na nas mogła zawsze liczyć.

Nasza rodzina prowadziła małe gospodarstwo rolne i dodałbym jeszcze takie wspomnienie, że gdy siano było skoszone i nastawała niedziela, a my chcieliśmy iść je grabić, to mama zawsze zwracała nam uwagę, że to jest niedziela i czas, by iść na nabożeństwo do kościoła, a siano nie ucieknie. Tak było każdego roku.

Dom rodziców i dziadków w ciągu nie był zamykany i przez cały dzień miewaliśmy wielu gości, sąsiadów i przyjaciół naszych rodziców. W dzieciństwie utrzymywaliśmy bardzo żywe rodzinne kontakty z ciociami i wujkami – tego się nie da opisać, to trzeba przeżyć. Mieliśmy ten przywilej od Boga, że mieliśmy wokół siebie, a ja mam nadal, wspaniałych ludzi, wspaniałą, skromną rodzinę. Tak więc zarówno dziadkowie, rodzice, jak też Słowo Boże i Kościół kształtowały nas w dzieciństwie. Jednak pierwszą katechetką w naszym życiu była nasza kochana, skromna, pracowita, wierząca mama! Ona sama wiarę i skromność też wyniosła z rodzinnego domu.

Tadeusz już w dzieciństwie wiedział, że chce życie poświęcić służbie Bogu i zdecydował, że w przyszłości, jeśli Bóg pozwoli, będzie studiował w Warszawie teologię ewangelicką. Ja miałem inne plany, które zacząłem realizować i nawet mi to na myśl nie przyszło, aby studiować teologię, choć byłem bardzo mocno zaangażowany w życie parafii. Prowadziliśmy co tydzień – z kilkoma osobami – spotkania młodzieżowe dla około 70 młodych ludzi z Wisły Centrum. Te wspaniałe osoby są zaangażowane dzisiaj w wielu parafiach i po dzień dzisiejszy przyjeżdżają do Szczyrku Salmopola na nabożeństwa, abyśmy wspólnie wielbili Boga. Ale wróćmy do mojego brata Tadeusza – to był człowiek spokojny i miał wszystko zaplanowane. Nie przypominam sobie, żebyśmy się kiedykolwiek pokłócili. Gdy nastąpiło moje nawrócenie i zdecydowałem się, że spróbuję studiować teologię, spróbuję dowiedzieć się czegoś więcej o Bogu, rodzice przyjęli tę decyzję z radością. Przed studiami pracowałem już sześć lat. Ku mojemu zaskoczeniu brat odprowadzał mnie na pociąg, którym udawałem się na egzaminy wstępne do Warszawy. Pamiętam jak dzisiaj – tego nigdy nie zapomnę – stałem już na schodach wagonu, gdy do mnie powiedział: „Jeszcze się możesz dzisiaj wycofać!”. Traktował bowiem podjęcie decyzji o służbie niezwykle poważnie. Patrząc z perspektywy lat, muszę stwierdzić, że dobrze, że nie posłuchałem wtedy starszego brata.

Podziwiałem Tadeusza za talent, który miał do pracy w parafii. Śpiewał w chórze, odwiedzał wszystkich starszych solenizantów i znał wszystkich parafian. Zazdrościłem mu jego koła pań – miał je cudownie zorganizowane. Ponieważ ja jestem w Szczyrku Salmopolu, czyli w totalnej ewangelickiej diasporze, a on był w Wiśle-Głębcach, czyli w ewangelickim mateczniku, trudno było porównywać naszą pracę. Gdy spotkaliśmy się na uroczystościach rodzinnych, to zawsze mu mówiłem: Nie rozmawiajmy o pracy parafialnej, bo mamy zupełnie inne zadania w parafiach i każdy z nas musi działać inaczej. Miałem i mam w Szkole Mistrzostwa Sportowego w Szczyrku jego uczniów z lekcji religii ewangelickiej, więc miałem bieżące informacje, co tam u niego i mogłem od czasu do czasu wypytać uczniów o jego działania. Zawsze pozytywnie się o nim wypowiadali, m.in. skoczkowie narciarscy Piotr Żyła czy Wojtek Cieślar.

Nasze drogi schodziły się najczęściej na uroczystościach rodzinnych albo podczas telefonicznej rozmowy. On wiedział, że zawsze może na mnie liczyć, a ja wiedziałem, że mogę liczyć na niego. Cieszyłem się z każdego jego sukcesu. Wiedziałem, bo dzwonił na początku lata, że do końca roku ma zajęte wszystkie niedziele i odprawia nabożeństwa. O jego śmierci – której bym się w ogóle nie spodziewał – dowiedziałem się podczas wyjazdu z delegacją miasta Szczyrk do miasta partnerskiego nad Morzem Północnym. To była dla mnie szokująca informacja.

Dziękuję Bogu za takiego brata i życzę każdemu takiej rodziny, w której matka jest katechetką, a ojciec „księdzem”. Życzę też takiego brata. Bogu chwała za takie ewangelickie rodziny, a wierzę, że jest ich wiele takich w naszym Kościele w Polsce. Zakończę stwierdzeniem pewnego francuskiego aktora, który pod koniec życia powiedział: „Wierzę, że wejdę do Królestwa Bożego, a Bóg mi powie – tam w tym pokoju wszyscy czekają na ciebie”. Wierzę!

ks. Jan Byrt