– jak poradzić sobie ze złością?
Tydzień zaczął się od dosyć ciężkiego poniedziałku. Niezależnie od tego, czy początkiem problemów był niezdany egzamin, czy niemiły klient w pracy – czujesz buzującą w sobie złość. Wychodzisz w końcu do domu. Na parkingu spotyka cię przykry widok. Ktoś, wyjeżdżając, zarysowuje twój samochód. Otwiera okno i woła pogardliwie: „To tylko rysa!” Masz ochotę mu… Tutaj musisz dopisać swoją pierwszą myśl.
Złość to naturalna emocja. Może pojawić się między innymi w odpowiedzi na doznaną krzywdę, niesprawiedliwość, frustrację, zagrożenie czy przekroczenie naszych granic. Uczucie to może pojawić się od razu bądź po pewnym czasie. Przeżywamy je niezależnie od wieku, płci, statusu czy etapu w życiu. Jest dla organizmu sygnałem, że dzieje się coś, co odbieramy jako niewłaściwe, zagrażające lub krzywdzące.
Również Pan Jezus odczuwał złość. Często nasze postrzeganie Jezusa Chrystusa na kartach Pisma jest nieco… cukierkowe. To ktoś przyjazny, słuchający, radzący i będący uzdrowieniem dla potrzebujących. Jest to oczywiście prawda – nie obejmuje jednak pełnego obrazu naszego Zbawiciela. Pismo Święte pokazuje nam również Jezusa odczuwającego gniew. W Mk 3,5 czytamy: „I spojrzał na nich z gniewem, zasmucił się z powodu zatwardziałości ich serca”. Przypomnijmy sobie także historię z J 2,13–16, gdy Pan Jezus przyszedł do świątyni: „Udał się Jezus do Jerozolimy. I zastał w świątyni sprzedających woły i owce, i gołębie, i siedzących wekslarzy. I skręciwszy bicz z powrózków, wypędził ich wszystkich ze świątyni wraz z owcami i wołami; wekslarzom rozsypał pieniądze i stoły powywracał. A do sprzedawców gołębi rzekł: Zabierzcie to stąd, z domu Ojca mego nie czyńcie targowiska”. Reakcja Zbawiciela była stanowcza. Jezus troszczył się o świątynię swojego Ojca i sprzeciwił się temu, co się w niej działo.
Widzimy więc, że sam gniew nie musi być czymś złym. Istotne jest jednak to, z czego wynika i do czego nas prowadzi. Nie oznacza to oczywiście, że gwałtowność jest dla nas wzorem reagowania na osobiste zniewagi.
Sama złość nie musi więc prowadzić do grzechu – „Gniewajcie się, lecz nie grzeszcie; niech słońce nie zachodzi nad gniewem waszym” (Ef 4,26) – nie powinna jednak prowadzić do chęci zemsty. W Mt 18,21–22 czytamy: „Wtedy przystąpił Piotr do niego i rzekł mu: Panie, ile razy mam odpuścić bratu memu, jeżeli przeciwko mnie zgrzeszy? Czy aż do siedmiu razy? Mówi mu Jezus: Nie powiadam ci: do siedmiu razy, lecz do siedemdziesięciu siedmiu razy”. Z kolei w Rz 12,19 jest napisane: „Najmilsi! Nie mścijcie się sami, ale pozostawcie to gniewowi Bożemu”. Zemsta nigdy nie jest rozwiązaniem, napędza tylko spiralę zranienia i grzechu.
Złość również zaczyna nas pochłaniać, gdy jej nie wyrażamy i kumulujemy. Nasze ciała są kruche – mamy pewną granicę, do której jesteśmy w stanie powstrzymać złość. Gdy jednak tę granicę przekroczymy, zgromadzona złość wybucha ze zdwojoną siłą, często niszcząc wszystko wokół.
Jednym z najzdrowszych sposobów wyrażania gniewu jest szczerość, która nie jest złośliwością. Kiedy znajomy powie nam coś niemiłego, warto dać mu do zrozumienia, jak negatywnie na nas to wpłynęło – jednak bez wdawania się w kłótnię. Jeżeli jednak ktoś regularnie nas krzywdzi, a napomnienia nasze i innych osób nie działają, rozsądne może być ograniczenie z nim kontaktu.
W opisanej sytuacji, jeśli nie znamy osoby, która wyrządziła nam szkodę, warto od razu spokojnie się z nią skonfrontować i powiedzieć: „Dzień dobry. Uszkodził Pan mój samochód i musimy tę sprawę wyjaśnić”. Najlepiej rozwiązać sytuację od razu.
Zachęcam, by każdy przypadek rozeznawać w zgodzie z Pismem Świętym. A gdy pewne sprawy nas przerastają, warto porozmawiać z kimś bardziej doświadczonym, na przykład z duszpasterzem lub terapeutą. Nie chodzi więc o to, by nie odczuwać złości. Chodzi o to, by również wtedy poddać swoje słowa, decyzje i czyny Bogu. Możemy się gniewać – ale gniew nie musi nami rządzić.
„Zwiastun Ewangelicki” 17/2026



