miniatura

Chciałbym zacząć nietypowo dla tekstu w rubryce młodzieżowej – od starych kalendarzy ewangelickich sprzed kilkudziesięciu lat. Kiedy otworzymy egzemplarz takiego kalendarza, na przykład z początku lat 50. dwudziestego wieku, naszym oczom ukażą się niezwykłe informacje.

Można tam znaleźć między innymi samodzielną diecezję łódzką i wielkopolską, dziesiątki parafii na Mazurach, Śląsku i innych obszarach Polski, po których obecnie śladów można szukać głównie na starych mapach i fotografiach. Ich budynki i dobra materialne albo obróciły się wniwecz, albo przejęte zostały przez struktury dominującego w naszym kraju wyznania. Jeśli otworzymy nowsze numery kalendarzy, z każdym rokiem z listy parafii będą znikać kolejne nazwy miejscowości, a liczba członków Kościoła ewangelickiego, początkowo publikowana, z biegiem lat przestaje się pojawiać. Jedynym źródłem pociechy jest stosunek liczby duchownych do liczby parafii – w pierwszych latach powojennych poza Śląskiem Cieszyńskim na jednego księdza przypadało kilka, czasem kilkanaście lub kilkadziesiąt (!) zborów, podczas gdy w kolejnych dekadach szczególnie te ekstremalne sytuacje były już rzadkością. Hurra!

Gdzie leży przyczyna tego feralnego biegu wydarzeń? Gdy w trakcie drugiej wojny światowej podczas okupacji Polski przez Niemcy i Związek Radziecki zginęło wielu polskich ewangelików, a po jej zakończeniu Polska i ZSRR dokonały wysiedlenia większości ludzi, których można było uznać za Niemców – głównie luteran – z terytorium naszego kraju (zarówno z obszaru przedwojennej Polski, jak i nowo nabytych ziem), liczba ewangelików skurczyła się. Z przedwojennego stanu, to jest około miliona na terytorium II RP i kilku milionów na terytorium Niemiec włączonym do naszego kraju, do mniej niż trzystu tysięcy po wojnie. Liczba ta ustawicznie spadała. Trudno się temu dziwić. Powojenna Polska, mimo pewnych sukcesów reżimu komunistycznego, była smutną, biedną i coraz bardziej zapyziałą zamordystyczną dyktaturą, gdzie każda odmienność od normy była traktowana przez władze podejrzliwie i jako coś raczej do wytępienia niż do ochrony. Wielu pozostałych w kraju ewangelików miała mniejsze lub większe związki rodzinne czy kulturowe z Niemcami, dlatego jeśli pojawiała się szansa na wyjazd z Polski, przede wszystkim do Niemiec Zachodnich, ludzie na ogół z niej korzystali. Nawet jeśli ktoś nie miał takich kontaktów, bieda i poczucie braku perspektyw sprawiały, że w sprzyjających okolicznościach ludzie uciekali lub legalnie emigrowali do Stanów Zjednoczonych, Kanady czy Szwecji.

Dlaczego o tym wspominam? Po pierwsze, historia naszego Kościoła, mimo że dość przygnębiająca jest zarazem fascynująca i warto o niej mówić. Po drugie, wydaje mi się, że w historii tej możemy znaleźć wątki aktualne również w naszych czasach.

Na pierwszy rzut oka taki wniosek może wydawać się naciągany. Żyjemy w czasach największego dostatku w dziejach ziem polskich od… zawsze, a na pewno od czasów rozwoju przemysłu w latach poprzedzających pierwszą wojnę światową. Jednak część procesów życia kościelnego jest obecnie podobna do tych, które przechodziły pokolenia naszych rodziców, dziadków i pradziadków. Dzisiaj też martwimy się tym, że coraz mniej osób pojawia się na nabożeństwach. Zeświecczenie społeczeństwa nie jest jednak niczym nowym – przez kilka pierwszych dekad powojennych ludzie raczej odwracali się od wiary, co wspierała polityka państwa, wrogo nastawiona do religii. Obawy o roztopienie się w katolickiej większości również istniały wtedy, a stosunki między Kościołami w czasach przed rozwojem ekumenizmu (a na dobrą sprawę również po nim) były dużo bardziej napięte niż obecnie.

Jaki to ma związek z młodzieżą i czy da się w ogóle znaleźć w tym coś pozytywnego? Po pierwsze, fakt, że nasze pokolenie nie jest pierwszym, które musi radzić sobie z podobnymi problemami, jest mimo wszystko pewną pociechą. Gdy w niektórych parafiach jesteśmy jedynymi młodszymi osobami w kościele, a w innych na spotkania młodzieżowe nie przychodzi tyle osób, ile byśmy chcieli – chociaż nie jest to za duża pociecha, to można powiedzieć, że w przeszłości sytuacja była jeszcze trudniejsza.

Złe czasy mają bowiem to do siebie, że nie trwają wiecznie. W latach 70. i 80. XX wieku, mimo ciągłej emigracji i wpływu wyznania dominującego, ewangelicy nie znikali już z Polski tak gwałtownie. Nasza liczebność uległa względnemu ustabilizowaniu. Pojawiły się też kolejne inicjatywy młodzieżowe, na czele z OZME, które do dziś jest dla nas miejscem ciekawych spotkań i źródłem niezapomnianych wrażeń. Polska, podobnie jak inne kraje komunistyczne i nie tylko, przeżyła w tej drugiej dekadzie przebudzenie religijne, także wśród ewangelików. Ludzie zaczęli kłaść większy nacisk na sprawy wiary. Podczas gdy z powodu małej liczebności Kościół ewangelicki w Polsce nie był zbyt aktywny politycznie, to działalność opozycyjna ewangelickich księży w Niemczech Wschodnich była jednym z głównych powodów wybuchu pokojowej rewolucji, która doprowadziła do upadku reżimu w tamtym kraju.

W kolejnej dekadzie, wraz z wprowadzeniem demokracji w Polsce, powróciło po latach szkolnictwo ewangelickie, rozwinęła się działalność intelektualna i wydawnicza, a także po raz pierwszy od bardzo dawna pojawiły się w większej ilości osoby, które dobrowolnie przyjmują nasze wyznanie, zostając ewangelikami. Być może niektórzy czytający są takimi osobami. Bardzo fajnie, że jesteście!

Czego więc uczy nas ta historia? Cóż, przełomowy rozwój wydarzeń, szczególnie ten pozytywny, nie dzieje się sam z siebie. Być może bez wszystkich tych inicjatyw, spotkań i wydarzeń, bez pracy parafian, liderów młodzieżowych i duchownych, odeszlibyśmy już dawno do lamusa historii, dołączając do polskich arian i śląskich szwenkfeldystów. Każda aktywność, artykuł, wpis, zorganizowana młodzieżówka czy nawet dobre świadectwo wystawiane naszemu wyznaniu, dzięki dobrym kontaktom z naszymi nieewangelickimi znajomymi ma ogromne znaczenie. Nie wszystko kończy się sukcesem – historia zna wiele wielkich planów, które skończyły się klapą – ale zawsze warto starać się dążyć do osiągnięcia celu. Nawet jeśli rezultat nie będzie dokładnie taki, jak tego oczekiwaliśmy, lepsze to niż stanie z założonymi rękami, czyż nie?