miniatura

W poniedziałek rano wszystko było jakieś cięższe niż zwykle. Plecak, kroki, nawet powietrze. W szatni udawałem, że szukam czegoś w kieszeni, żeby tylko nie musieć nikomu patrzeć w oczy. W weekend pokłóciłem się z kimś, na kim mi zależy. Bolało bardziej niż chciałem przyznać.

Na pierwszej lekcji siedziałem cicho, gapiąc się w zeszyt, w którym nic nie zapisywałem. I wtedy ktoś obok mnie przesunął kartkę. „Nie jesteś sam. Jak chcesz pogadać po lekcjach, to jestem”. Tyle. Żadnych wielkich słów, żadnego dopytywania.

Nie odpowiedziałem od razu. Ale coś się rozluźniło – jakby ktoś lekko odkręcił zawór w środku. Może nie wszystko się naprawiło, ale przestało być tak duszno.

Poranna klasyka: kawa w biegu i głowa jeszcze w połowie w weekendzie. W tramwaju tłok, ludzie jak sardynki i ja, balansujący między snem a rzeczywistością. Na kolejnym przystanku wsiadła starsza kobieta, ewidentnie zagubiona, rozglądająca się nerwowo.

Nikt się nie ruszył. Ja też przez chwilę nie. No bo przecież „ktoś inny może”, „zaraz wysiadam”, „mam ciężki plecak” – znasz ten wewnętrzny teatr wymówek. Ale coś mnie tknęło. Wstałem, ustąpiłem miejsca i zapytałem, dokąd jedzie. Okazało się, że wysiada dokładnie tam, gdzie ja. Przez kilka przystanków gadaliśmy – trochę o drodze, trochę o pogodzie, trochę o życiu. Nic wielkiego.

Kiedy wysiadaliśmy, uśmiechnęła się do mnie tak, jakby to było coś naprawdę ważnego. A ja nagle poczułem, że ten poniedziałek zaczął się jakoś lżej.

I  znów ciężki start w tydzień pracy – kawa numer dwa i lista rzeczy, których nikt nie chce ruszyć. Na spotkaniu zespół omawiał projekt, który jakoś „nie idzie”. Wszyscy wiedzieliśmy, dlaczego. Jeden z kolegów robił swoją część byle jak, a reszta zamiatała to pod dywan, żeby nie robić problemów.

Też się bałem odezwać. No bo co, wyjdę na konfliktowego? Popsuję atmosferę? Zrobi się niezręcznie przy ekspresie do kawy?

Ale gdy zaczęliśmy udawać, że jest okej, poczułem, że jeśli teraz nic nie powiem, to będę się wkurzał na siebie przez cały tydzień. A może i dłużej. Odezwałem się spokojnie. Bez ataku, bez dramatyzowania. Powiedziałem, co nie działa i dlaczego to uderza w cały zespół. Zaproponowałem konkretne rozwiązanie.

Było cicho. Trochę za długo. Ktoś przewrócił oczami, ktoś spojrzał w laptopa. Super, pomyślałem, właśnie podpisałem na siebie wyrok bycia tym trudnym. Ale potem ktoś inny przytaknął. I jeszcze ktoś. Rozmowa ruszyła w końcu w dobrą stronę.

Nie było oklasków. Nie było: „Dzięki, że to powiedziałeś”. Ale wychodząc ze spotkania, czułem satysfakcję, że zrobiłem to, co trzeba – nie to, co wygodne.

Poniedziałek rano dla wielu to walka o przetrwanie: niewyspanie, ciężar w głowie, kawa, która ma zadziałać, ale jeszcze nie zdążyła. I właśnie wtedy może się okazać, że Bóg nie ma trybu „od święta” czy „tylko w niedzielę”. On wchodzi z nami do szatni, wsiada do tramwaju i siada z tobą na spotkaniu, na którym nikt nie chce powiedzieć prawdy.

Jest w tej kartce przesuniętej bez słów: „Nie jesteś sam”.

Jest w tym małym: „wstanę jednak”, gdy wszyscy inni siedzą.

Jest w tym zdaniu, które wypowiadasz, mimo ścisku w gardle, bo wiesz, że milczenie byłoby wygodniejsze, ale nieuczciwe.

A On działa właśnie tak, bez fajerwerków. Przez ludzi. Przez drobne decyzje. Przez momenty, które na pierwszy rzut oka wyglądają zwyczajnie. W poniedziałek rano Bóg jest dokładnie tam, gdzie ty: „Pan, twój Bóg, jest z tobą wszędzie, dokądkolwiek pójdziesz” (Joz 1,9). I to obejmuje też najbardziej zwyczajny, trochę szary, poniedziałkowy poranek.