„To znaczy, że Bóg w Chrystusie świat z sobą pojednał, nie zaliczając im ich upadków, i powierzył nam słowo pojednania. Dlatego w miejsce Chrystusa poselstwo sprawujemy, jak gdyby przez nas Bóg upominał; w miejsce Chrystusa prosimy: Pojednajcie się z Bogiem. On tego, który nie znał grzechu, za nas grzechem uczynił, abyśmy w nim stali się sprawiedliwością Bożą”.
2 Kor 5,19–21
Stoję tu od kilku godzin. Moje stopy zapadają się w pył Golgoty, a powietrze jest ciężkie od krzyków, płaczu i szyderstw. Jeśli chcesz, podejdź bliżej. Tu jest jeszcze miejsce. Stań obok mnie i spójrz w górę. Widzisz Go?
Krzyż wbity w ziemię, a na nim Ten, którego wielu nazywało Nauczycielem, inni Prorokiem, jeszcze inni Synem Bożym. Widziałam Go wcześniej – gdy uzdrawiał, gdy mówił o Królestwie, gdy dotykał tych, których nikt nie chciał dotknąć. Teraz Jego ręce są przebite. Ktoś obok wypowiada słowa: „Bóg w Chrystusie świat z sobą pojednał”. Patrzę na to ciało poranione i pytam w ciszy: jak to możliwe, że pojednanie wygląda właśnie tak?
Nie odwracaj wzroku. Na Golgocie właśnie dzieje się coś, czego świat wcześniej nie widział. Widzisz gwoździe? Widzisz krew? To jest cena za to, co w nas popękane, brudne, ukryte. Za to, co nosimy w sobie i czego nie umiemy naprawić. Słyszysz Jego oddech? Każdy oddech kosztuje Go więcej niż jesteśmy w stanie pojąć. Ten, który „nie znał grzechu”, został uczyniony grzechem za nas. Cały ciężar ludzkiego buntu, także twojego i mojego, ciężar przemocy, obojętności i strachu wisi teraz na tym krzyżu.
Może myślisz: minęły dwa tysiące lat, świat się zmienił. Mamy technologię, miasta ze szkła i światła, szybkie wiadomości i szybkie sądy. Albo: Co mnie obchodzi śmierć sprzed dwóch tysięcy lat? Mam swoje problemy, swoje życie. Jednak serce człowieka wcale się nie zmieniło! Wciąż boimy się winy. Wciąż uciekamy przed prawdą o sobie. Wciąż tęsknimy za przebaczeniem, którego sami nie potrafimy sobie dać. Czy nie dlatego tu właśnie jesteś?
W twoim świecie ludzie noszą w sobie ciężary, których nie potrafią nazwać. Próbują być silni, samowystarczalni, idealni. Boją się przyznać do słabości, żyją w ciągłym napięciu, jakby wszystko zależało od nich.
Dlatego Wielki Piątek wciąż wraca – nie jako wspomnienie wydarzeń sprzed wieków, nie jako historia, którą co roku czytamy w kościele, ale jako dzień, w którym stajemy tutaj – pod krzyżem – i odkrywamy, że Bóg zrobił coś, czego człowiek nie potrafi. Pojednał świat ze sobą.
Podnieś głowę wyżej i spójrz na Jego twarz. Nie ma w niej gniewu. Nie ma przekleństwa. Jest modlitwa i miłość.
Patrzę na Jezusa i widzę, jak Jego ciało słabnie, ale nie słabnie Jego miłość. Widzę żołnierza, który jeszcze przed chwilą drwił, a teraz patrzy w milczeniu. Widzę kobietę, która przestaje płakać, bo ogarnia ją spokój. Widzę ludzi, którzy przyszli z ciekawości, a odchodzą przemienieni. Wiem, że to samo może stać się w nas, bo pojednanie nie jest teorią. Ono dzieje się tu, w realnym bólu i realnej miłości. Dlatego my, którzy stoimy pod krzyżem, nie jesteśmy tylko świadkami śmierci. Jesteśmy świadkami wymiany. Jezus bierze na siebie to, co nasze, abyśmy my mogli otrzymać to, co Je-go: „abyśmy w Nim stali się sprawiedliwością Bożą”.
Wielki Piątek nie jest dniem smutku. Jest dniem, w którym Bóg mówi: „Jesteś wart tego, bym oddał za ciebie życie”.
Może przychodzisz pod krzyż Jezusa zmęczony światem. Może niesiesz ciężar własnych błędów, rozczarowań, win. Może twoje serce jest pełne pytań i wątpliwości. Krzyż nie daje łatwych odpowiedzi. Ale daje coś lepszego – pewność, że Bóg nie zostawia człowieka samego z jego grzechem. Gdy patrzę na Jezusa, rozumiem: Wielki Piątek jest dniem, w którym kończy się samotność człowieka wobec Boga.
Słońce zaczyna się chować. Cienie krzyży wydłużają się. Ziemia drży. Ktoś obok szepcze modlitwę. Jezus podnosi głowę po raz ostatni. I zanim odda ostatni oddech, wiem już jedno: to nie gwoździe Go trzymają. To miłość.
Zostań tu jeszcze chwilę. Pod tym krzyżem zawsze jest miejsce. Tu zaczyna się pojednanie świata. Amen.
„Zwiastun Ewangelicki” 7/2026



