Neapol zostaje za rufą. Port powoli znika w rozedrganej soczewce ciepłego powietrza. Statek przecina Morze Śródziemne. Gdzieś tam, daleko z przodu, znajduje się cel podróży, choć jeszcze przez wiele dni pozostanie niewidoczny. Wieczór spływa na wodę złotem i purpurą. Słońce tonie w horyzoncie tak spokojnie, jakby na świecie nigdy nie wydarzyło się nic dramatycznego. Tylko morze, niebo i cisza. Bezkres. Na pokładzie stoi człowiek. Emigrant. Nie jest jeszcze „pomnikiem romantyzmu”. Jest kimś, kto płynie. Za nim Europa, przed nim Ziemia Święta. Na zewnątrz idylliczny krajobraz. W głowie dezorientacja, rozdarcie. Za nim przeszłość, przed nim nieznane. W pewnym momencie kreśli wersy, które staną się esencją tęsknoty i modlitwy: „Sto mil od brzegu i sto mil przed brzegiem”. Nie widać już własnego kraju, punktu wyjścia. Ale nie widać też[...]



