miniatura

– jeden z punktów spotkania osób pracujących z młodzieżą

Punktem wyjścia tego przesłania było słowo „orędzie”. Brzmi ono podniośle, niemal pomnikowo. Kojarzy się z uroczystym wystąpieniem ważnej osoby, z apelem kierowanym do narodu, Kościoła albo świata. A jednak, gdy zdjąć z niego cały patos, orędzie okazuje się czymś prostym. To próba przekazania innym tego, co samemu uznało się za ważne, odkrywcze i kształtujące życie. Właśnie w tym sensie chcę podzielić się trzema myślami, które stały się dla mnie inspiracją w minionym roku – zarówno w pracy, jak i w wierze.

Pierwsza z nich dotyczy tego, co nazwano „regułą czterech”. Spośród wszystkich zmian, nawyków, celów i postanowień, które moglibyśmy sobie wyznaczyć, jest jeden, który – jak wierzę – ma wyjątkową moc realnego wpływu na nasze życie i duchowość. Tym jednym nawykiem jest czytanie Biblii – częściej niż rzadziej. Czytanie jej przez więcej dni w tygodniu niż jest w nim dni, w których ją pomijamy.

Wskaźnik duchowego wzrostu

Nie jest to jedynie osobiste przekonanie czy pobożne życzenie. Organizacja Center for Bible Engagement, badając życie ponad stu tysięcy osób, zauważyła wyraźną granicę, którą nazwano właśnie „zasadą czterech”. Okazuje się, że gdy ktoś sięga po Pismo Święte cztery lub więcej dni w tygodniu – czyli częściej, niż tego nie robi – zmiany stają się widoczne i mierzalne. Osoby takie są znacznie bardziej skłonne dzielić się wiarą, zapamiętywać fragmenty Biblii, rzadziej zmagają się z poczuciem samotności, uzależnieniami czy destrukcyjnymi nawykami. Badacze nazwali to wprost: regularne czytanie Biblii cztery lub więcej dni w tygodniu jest najsilniejszym pojedynczym wskaźnikiem duchowego wzrostu, rozumianego jako upodabnianie się do Chrystusa w myślach, słowach i czynach.

Ta perspektywa jest o tyle cenna, że odnosi się do tygodnia – podstawowej jednostki czasu, w której najczęściej funkcjonujemy. Cztery dni oznaczają „częściej niż rzadziej”. A wniosek jest prosty: to, co robimy częściej niż rzadziej, najsilniej nas kształtuje. Warto więc zapytać siebie: co w moim życiu jest właśnie takim „częściej”? Odpowiedź wiele mówi o tym, kim się stajemy – i dlaczego tak konsekwentnie zmierzamy w określonym kierunku. A to, kim się stajemy, ma ogromny wpływ na to, jak pracujemy z innymi ludźmi.

Konsekwentne rozgrywanie piłek

Druga myśl prowadzi nas na kort tenisowy. Roger Federer, jeden z najwybitniejszych sportowców w historii, wypowiedział kiedyś słowa, które na długo zostały w mojej głowie. W trakcie swojej kariery wygrał niemal 80 procent meczów singlowych, ale… tylko około 54 procent wszystkich rozegranych piłek. Nawet najlepsi na świecie przegrywają niemal co drugą piłkę. To uczy ich jednego: nie rozpamiętywać każdego zagrania. Przegrana piłka to tylko jedna piłka. Wygrana – również. Każda kolejna wymaga pełnego zaangażowania, koncentracji i jasności myślenia.

Federer podkreślał, że gdy grasz każdą „piłkę”, musi być ona najważniejszą rzeczą na świecie. Ale gdy już skończysz, zostawiasz ją za sobą i grasz dalej. Sukces w sporcie – i nie tylko w sporcie – jest efektem ubocznym uważnego, konsekwentnego rozgrywania kolejnych piłek. Mecze tenisowe trwają godzinami, czasem rekordowo długo, ale zwycięstwo nie rodzi się z jednego spektakularnego uderzenia. Rodzi się z wytrwałości. My w życiu gramy znacznie dłużej i o znacznie większą stawkę. Dlatego konsekwencja i przykładanie się do tego, co jest tu i teraz, mają większą wartość niż pojedyncze, widowiskowe sukcesy.

Kim chcę być?

Trzecia myśl dotyczy połączenia celów z tożsamością. Łączenie celów z tożsamością zmienia sposób, w jaki podejmujemy decyzje i wytrwamy w działaniu. Dobrze pokazują to badania dotyczące udziału w wyborach. W jednym z eksperymentów przeprowadzono prostą ankietę, w której uczestnikom zadawano dwa różne pytania. Jednych pytano: „Czy zamierzasz głosować?”. Drugich: „Czy będziesz głosującym?”. Różnica wydaje się niewielka, niemal kosmetyczna, a jednak jej konsekwencje okazały się znaczące.

Osoby, którym głosowanie przedstawiono jako element tożsamości – poprzez użycie rzeczownika – częściej deklarowały chęć rejestracji i faktycznie częściej brały udział w wyborach niż te, którym głosowanie opisano jedynie jako czynność, pojedyncze działanie do wykonania. Skąd ta różnica? Pierwsze pytanie dotyczyło tego, co pytany zamierza zrobić. Drugie dotykało głębiej – tego, kim chce być.

Jeśli działanie zostaje powiązane z tożsamością, przestaje być jednorazowym wysiłkiem, a staje się naturalnym wyborem. Jeśli postrzegam siebie jako „kogoś, kto głosuje”, to udział w wyborach nie zależy już wyłącznie od nastroju, okoliczności czy przewidywanego wyniku. Staje się konsekwencją tego, kim jestem.

Co więcej, gdy łączymy cele z tożsamością, rezultaty naszych działań przestają być najważniejsze. Ważniejsze staje się to, kim pozostajemy – mimo tych rezultatów. Widać to szczególnie wyraźnie właśnie w kontekście wyborów. Wynik głosowania nie zawsze jest taki, jakiego byśmy sobie życzyli. Pojawia się frustracja, rozczarowanie i pokusa, by powiedzieć: „to nie ma sensu, więcej nie będę głosować”. Jeśli jednak myślę o sobie jako o „osobie, która głosuje”, zrobię to ponownie – nie dlatego, że mam gwarancję sukcesu, ale dlatego, że jest to wpisane w moje społeczne DNA.

To samo dotyczy innych obszarów życia. Jeśli działamy wyłącznie dla efektu, łatwo się zniechęcić. Gdy działamy, bo takie jest nasze powołanie i nasza tożsamość, wytrwałość staje się rzeczą naturalną. Nie działamy tylko wtedy, gdy to się opłaca. Robimy to, bo tacy jesteśmy.

Każda/każdy jest ważny

Kim jesteśmy? W naszej pracy z młodymi ludźmi odpowiadamy na to pytanie jasno: jesteśmy tymi, którzy pomagają młodym, w ich tempie i bez udawania, dojść do wiary. To nie jest obietnica łatwych rezultatów. Nie zawsze będziemy pracować z dużymi grupami. Nie wszyscy pozostaną w Kościele. Nie każdy młody człowiek uwierzy i spotka Jezusa. A jednak będziemy to robić dalej. Nie dlatego, że zawsze przynosi to wymierny sukces, ale dlatego, że tacy jesteśmy.

Nasze wybory wynikają z tożsamości. Skupiamy się na każdej osobie tak, jakby była najważniejsza. Działamy konsekwentnie i wytrwale, nawet jeśli efekty nie są spektakularne ani natychmiastowe. Nie robimy tego tylko dlatego, że „na teraz” jest to nasze zadanie. Robimy to, bo wierzymy, że kontakt z Bogiem realnie zmienia życie ludzi. Nie tylko destrukcyjne siły działają na tym świecie. Jest przede wszystkim Bóg, który przemienia, odnawia i prowadzi. I właśnie to chcemy widzieć – częściej niż rzadziej.