miniatura

„A wziąwszy z sobą dwunastu, rzekł do nich: Oto idziemy do Jerozolimy, i wszystko, co napisali prorocy, wypełni się nad Synem Człowieczym. Wydadzą go bowiem poganom i wyśmieją, zelżą i oplwają, a ubiczowawszy, zabiją go, ale dnia trzeciego zmartwychwstanie. Lecz oni nic z tego nie zrozumieli i było to słowo zakryte przed nimi, i nie wiedzieli, co mówiono. A gdy On przybliżał się do Jerycha, pewien ślepiec siedział przy drodze, żebrząc. A gdy usłyszał, że tłum przechodzi, dowiadywał się, co się dzieje. Powiedzieli mu wtedy, że Jezus Nazareński przechodzi. I zaczął wołać: Jezusie, Synu Dawidowy, zmiłuj się nade mną! A ci, którzy szli na przedzie, gromili go, by milczał. On zaś coraz głośniej wołał: Synu Dawidowy, zmiłuj się nade mną! Wtedy Jezus przystanął i kazał przyprowadzić go do siebie. A gdy ten się zbliżył, zapytał mówiąc: Co chcesz, abym ci uczynił? A on odrzekł: Panie, abym przejrzał. A Jezus rzekł do niego: Przejrzyj! Wiara twoja uzdrowiła cię. I zaraz odzyskał wzrok, i szedł za nim, wielbiąc Boga. A cały lud, ujrzawszy to, oddał chwałę Bogu”.
Łk 18,31–42

Czytamy biblijny tekst, widzimy treść, widzimy słowa – ale czy dostrzegamy prawdę? Czy rozumiemy, co autor chciał nam przekazać? Czy przyjmujemy to, co Duch Święty chce nam przez ten fragment unaocznić? A może patrzymy na wybrane wersety przez własne wyobrażenia o sobie, o Kościele, o postawach chrześcijańskich, które uznaliśmy już za oczywiste?

Co znaczy widzieć, a co znaczy być ślepym? Co znaczy wierzyć i być wysłuchanym przez Chrystusa? Co znaczy być Jego uczniem – i jak my właściwie widzimy Nauczyciela z Nazaretu? To pytania, które pojawiają się, gdy próbujemy naprawdę otworzyć oczy na tekst Ewangelii Łukasza.

Na przykładzie uczniów dostrzegamy coś niepokojącego: można widzieć Jezusa, słyszeć Go, iść z Nim, a mimo to Go nie rozumieć! Ale też można Go nie znać, być ślepym, a mimo to rozpoznać w Nim Zbawiciela. Jaką więc mamy pewność, że słowa: „Lecz oni nic z tego nie zrozumieli” nie dotyczą także nas? A co, jeśli i ja nie rozumiem Boga? To pytanie jest niewygodne – ale chyba oczywiste. Nam często wydaje się, że już wszystko wiemy. Że „ma być tak”, a na każdą tezę znajdziemy odpowiedni fragment Pisma Świętego. I wtedy bronimy naszych interpretacji gniewnie, ze wzburzeniem. Walczymy z bliźnim. Pogardzamy innymi. Uciszamy krzyczącego ślepca – jak ci, którzy szli na przedzie w ewangelicznej opowieści.

Jeśli tak postępujemy, to nie rozumiemy ani Boga, ani Jezusa. Jednak naszym błędem nie jest to, że myślimy, szukamy, stawiamy tezy i hipotezy – przecież nie wiemy, jak jest naprawdę i na razie, w tym życiu, się nie dowiemy. Błędem jest sposób, w jaki bronimy swoich przekonań. Błędem jest to, że czasem próbujemy bronić Chrystusa gniewem, zamiast z miłością. Błędem jest, że w imię prawdy walczymy z bliźnimi i nimi pogardzamy. Pytania o to czy świat powstał tak, czy inaczej, czy wszystko wydarzy się za dwa dni, czy za tysiąc lat, czy duchowo, czy cieleśnie – nie są dziś najważniejsze. Na wiele z nich i tak nie poznamy odpowiedzi. Najważniejsze są inne pytania: Jacy mamy być? Jak kochać bliźniego? Jak szanować innych i ich przekonania? Jak ich wspierać i jak być przy nich?

Gdy naprawdę przejrzymy, odpowiedź okaże się prosta. Odpowiedź jest bowiem jedna: Jezus, Syn Dawidowy! Może właśnie wtedy zaczyna się prawdziwe widzenie. Nie w tym, że mamy rację, lecz wówczas, gdy potrafimy zawołać: „Jezusie, Synu Dawidowy, ulituj się nade mną!”. Ten, który widzi swoją ślepotę, widzi więcej niż ten, który jest pewny swego. A Chrystus nie przechodzi obojętnie obok wołającego. On się zatrzymuje. I to wystarczy. Amen.

Niedziela Przedpostna – Estomihi (Bądź mi skałą obronną! Ps 31,3)