miniatura

„Gdy zaś ukazała się dobroć i miłość Zbawiciela, naszego Boga, do ludzi, nie ze względu na sprawiedliwe uczynki, jakie spełniliśmy, lecz z miłosierdzia swego zbawił nas przez obmycie odradzające i odnawiające w Duchu Świętym, którego wylał na nas obficie przez Jezusa Chrystusa, Zbawiciela naszego, abyśmy, usprawiedliwieni Jego łaską, stali się w nadziei dziedzicami życia wiecznego”.
Tt 3,4–7

Świętujemy Boże Narodzenie, a Kościół daje nam pod rozmyślanie fragment listu apostoła Pawła do Tytusa. Jest to jeden z tzw. listów pasterskich, które niewiele mają wspólnego z pasterzami. Tak nazywamy listy, które traktują o duszpasterskich sprawach Kościoła. Tytus jest przywódcą zborów na słonecznej wyspie Krecie. Paweł nazywa go swoim „prawdziwym dzieckiem we wspólnej wierze” (Tt 1,4), co sugeruje, że to właśnie Apostoł Narodów doprowadził go do chrześcijaństwa.

Dzisiaj skupiamy się na jednym i najważniejszym dziecku – Dzieciątku Jezus. Ono narodziło się dla nas w Betlejem. Jezus przyszedł na świat, ukazując nam coś bardzo ważnego. Czytamy podczas świąt Bożego Narodzenia historię dzieciństwa Jezusa. Zauważmy, że jest w tej historii wiele wzmianek o prześladowaniu, jakie spotyka Jezusa oraz jego najbliższych od samego początku. Spis ludności ogłoszony przez cesarza, trudy podróży, Herod, ucieczka do Egiptu, ukrywanie się z powodu braku gościnności – to wszystkie wyzwania, przed którymi stanął młody Kościół.

Również apostoł Paweł należał niegdyś do prześladowców Kościoła. Ten wątek biograficzny nie opuszczał go w zasadzie do końca służby, ponieważ liczni przeciwnicy nie wahali się przypominać mu o tym. Pisał o tym także do Tytusa (por. Tt 1,10–16). Apostoł w swoim życiu skupiał się na nauce i przestrzeganiu Zakonu. Prawo Mojżeszowe, czyli Zakon był dla niego wszystkim. Człowiek ten mógł w całości podpisać się pod słowami, które kierował do Tytusa: „nie ze względu na sprawiedliwe uczynki, jakie spełniliśmy”.

Gdy pewnego razu jechaliśmy na Kirchentag do Niemiec, w okolicach Berlina straciłem dostęp do Internetu, z tego powodu aplikacja Google Maps zaczęła mi szaleć. Musiałem jechać na orientację, ale niestety wybrałem zły zjazd z autostrady. W podobny sposób bywa, gdy tracimy więź z Tym, który nas prowadzi. Gubimy kierunek, choć wydaje się, że drogę znamy na pamięć – podobnie jak apostoł Paweł znał Torę i Prawo Mojżeszowe, umiejąc recytować całe rozdziały Pięcioksięgu niczym gorliwy rabin. A jednak zapomniał, że prawdziwym sensem Pisma Świętego jest Boża miłość.

 Gdy stracimy połączenie z Bożą miłością, to tak, jakbyśmy stracili sens. Gubimy się i stajemy się wrogami samych siebie. Musimy wtedy spojrzeć na nowo na nasze życie, na naszą drogę, na nasze postępowanie. Jeśli zapominamy o Bożej miłości, o tym, że ona jest fundamentem naszego życia – to wówczas bardzo szybko możemy stać się Saulem, prześladowcą chrześcijan.

Takie prześladowanie ma dwojaki charakter: prześladujemy innych – którzy nie pasują do nas, ale także prześladujemy samych siebie. Na czym to prześladowanie samego siebie polega? Chodzi o ten wewnętrzny oskarżycielski głos, który rozlega się, gdy coś nie zostało należycie zrobione. O wydobywający się z wnętrza osąd, który mówi: „Nie jesteś wystarczająco dobry”. I znamy głos, który nie pozwala nam przebaczyć i zapomnieć o popełnionych błędach.

W ten sposób prześladowanie Dziecka Bożego nie ustaje. Nieważne, kim jesteśmy – czy Saulem, czy Pawłem, czy Tytusem – powinniśmy codziennie przypominać sobie o tym, że Jezus przyszedł na ten świat z miłości do nas – „z miłosierdzia swego zbawił nas”. Nie z powodu naszych uczynków, ale dobrowolnie okazał miłość i dobroć nam wszystkim. Kiedy zgubimy się lub stracimy połączenie z Tym, który nas prowadzi; wracajmy do podstaw – do Dzieciątka Jezus, które objawiło nam w pełni Bożą miłość. Kierujmy się nią w stosunku do siebie i do innych ludzi. Amen.

1. Dzień Świąt Narodzenia Pańskiego