A jeśli znalazłoby się dziesięciu? – myśli Abraham stojąc na skraju nocy. Na horyzoncie jarzy się miasto, nieświadome nadchodzącego niebezpieczeństwa. Pustynny wiatr unosi drobny pył, w obozie dogasa powoli ogień, dobitnie sygnalizując, że czas nieubłaganie się kończy. Jest jeszcze chwila zawieszenia między dniem a świtem, gdy człowiek słyszy własne serce, a Abraham liczy – nie ludzi, lecz szanse. Pięćdziesięciu, czterdziestu pięciu, czterdziestu, dwudziestu, dziesięciu. W mroku słychać jego proste wątpliwości. Ośmiela się rozmawiać z Bogiem, choć „jest prochem i popiołem”. Sprawa jest jednak ważniejsza niż skrupuły. Pada kolejne zdanie przeciągające granicę: „A jeśli znalazłoby się czterdziestu sprawiedliwych?” (por. 1 Mż 18,16-32). Wyobrażam sobie tę noc bez teatralnych gestów – bliżej tu do szeptu niż do deklamacji.[...]



