„A Piotr wraz z Janem, wpatrzywszy się uważnie w niego rzekł: Spójrz na nas. On zaś spojrzał na nich uważnie, spodziewając się, że od nich coś otrzyma. I rzekł Piotr: Srebra i złota nie mam, lecz co mam, to ci daję: W imieniu Jezusa Chrystusa Nazareńskiego, chodź! I ująwszy go za prawą rękę, podniósł go”.
Dz 3,4-7
„Oczy są zwierciadłem duszy” – to znane powiedzenie. Oczy stanowią najszczerszy element twarzy, ponieważ nie jesteśmy w stanie ich kontrolować. Psychologowie wskazują, że więcej komunikujemy językiem ciała niż słowami. I choć niektórzy potrafią być aktorami, potrafią opanować mimikę, to ich oczy nie kłamią, niezależnie od tego, jaką przywdzieją maskę. Najlepszym sposobem na poznanie drugiej osoby jest spojrzenie jej w oczy – w nich ujawniają się prawdziwe emocje. Ale to wymaga także od patrzącego skupienia i chęci dostrzeżenia tego, co kryje się w głębi, w duszy człowieka. „Macie oczy a nie widzicie?” (Mk 8,18) – stwierdza Jezus w Ewangelii.
Zapewne wielu z nas zetknęło się z kimś, kto wyciągał rękę po pieniądze. Może daliście, może nie. Nie wiem, może próbowaliście patrzeć wtedy tej osobie w oczy? Może dostrzegliście w nich jakąś prawdę o drugim człowieku, a może natrafiliście na oczy spuszczone, na odwrócony wzrok, aby ukryć to, co raniło duszę. Być może to my mamy czasem celowo oczy szeroko zamknięte i szereg argumentów, żeby nie widzieć.
Żebracy często przebywali przy wejściu do jerozolimskiej świątyni, licząc na wsparcie ludzi, którzy zmierzając przed oblicze Boga byli bardziej skłonni do dobrych uczynków. Był to obowiązek wynikający z Zakonu – by oddawać przynajmniej raz na trzy lata dziesięcinę na ubogich. To wsparcie cierpiącym miało przynosić Boże błogosławieństwo, zapewne etyczną satysfakcję, a czasem pewnie też karmiło tę przyziemną stronę ludzkiej natury dumnej z własnej hojności. Niewiele wiemy z tekstu o chorym, oprócz tego, że przez całe życie nie postawił ani kroku, skazany na łaskę i niełaskę otoczenia. Przez wiele lat trudnych doświadczeń – przestał dostrzegać szanse na przyszłość.
Zwróćmy uwagę na ten fragment tekstu, gdy apostołowie najpierw kazali żebrzącemu spojrzeć na siebie. Czy chcieli zobaczyć, co się kryje w oczach chorego? To prawdopodobne, ale może chodziło o coś jeszcze – aby to on spojrzał na nich – i pokazał, kim jest, za czym tęskni, czego pragnie. Aby zobaczył, że jest pośród ludzi, którzy choć wiele nie posiadają, to chcą dzielić się tym, co dla nich w życiu najważniejsze i najcenniejsze. Dzielić się tym, co nadaje życiu sens – radość serca i jasne spojrzenie. Apostołowie podają mu dłoń, podnoszą go, a on się wzmacnia – jego nogi i kostki. A ja myślę, że wzmacnia się również jego duch!
Kilkanaście lat temu mogliśmy usłyszeć o Januszu Świtaju, który po tragicznym wypadku motocyklowym, sparaliżowany i uzależniony od respiratora – utracił wolę życia i jako pierwszy w Polsce złożył do sądu wniosek o eutanazję. Niedługo później, w fundacji Anny Dymnej odnalazł się na nowo i z pomocą życzliwych ludzi skończył studia psychologiczne, został analitykiem rynku pracy dla niepełnosprawnych i jak sam mówi: „żyje pełnią życia”.
Uzdrowiony wraz z apostołami wszedł do świątyni. To nie tylko wdzięczność wobec Boga, to także pierwszy krok w stronę równouprawnienia, w stronę niedostępnego świata – do którego jako kaleka – nieczysty, nie miał wstępu. Przypomnijmy sobie ciąg dalszy: on przechadza się i nawet podskakuje – by zwrócić na siebie uwagę, by wszyscy go zobaczyli i stali się naocznymi świadkami cudu w jego życiu. I może największym cudem stało się to, że podniósł wzrok i uwierzył.
Żyjemy w kraju z lepiej lub gorzej zorganizowaną pomocą socjalną – opłacaną z naszych podatków. Skoro są instytucje – czy to argument, aby nie dostrzegać potrzebujących? Nie pomaga się tylko srebrem i złotem. Może o wiele bardziej uwagą – która potrafi dostrzec drugiego, obecnością – która łączy spojrzeniem oraz pomocną dłonią – która podnosi w górę i pozwala uwierzyć. Amen.
12. Niedziela po Trójcy Świętej
„Zwiastun Ewangelicki” 17/2025



