„A gdy się przybliżył, ujrzawszy miasto, zapłakał nad nim, mówiąc: Gdybyś i ty poznało w tym to dniu, co służy ku pokojowi. Lecz teraz zakryte to jest przed oczyma twymi. Gdyż przyjdą na ciebie dni, że twoi nieprzyjaciele usypią wał wokół ciebie i otoczą, i ścisną cię zewsząd. I zrównają cię z ziemią i dzieci twoje w murach twoich wytępią, i nie pozostawią z ciebie kamienia na kamieniu, dlatego żeś nie poznało czasu nawiedzenia swego. A wszedłszy do świątyni, zaczął wypędzać sprzedawców, mówiąc do nich: Napisano: I będzie mój dom domem modlitwy, wy zaś uczyniliście z niego jaskinię zbójców. I nauczał codziennie w świątyni. Arcykapłani zaś i uczeni w Piśmie, a także przedniejsi z ludu szukali sposobności, by go zgładzić. Lecz nie znajdowali nic, co by mogli uczynić, cały lud bowiem słuchając go, garnął się do niego”. Łk 19,41-48
W literaturze, w sztuce, w naszych wyobrażeniach i przyzwyczajeniach – jakiego widzimy Jezusa?
Jedni widzą Go jako potężnego mędrca, z wypisaną na twarzy powagą. Inni – jako cierpiącego wędrowca, który wciąż na nowo doświadcza bólu na ziemskim padole. Jeszcze inni dostrzegają w Chrystusie gniewnego tyrana, czyhającego jedynie na grzech. Są też tacy, którzy widzą w Nim dobrotliwego przyjaciela, który zawsze wspiera każdego człowieka na swojej drodze, nie ocenia, nie strofuje, tylko przytula.
Która z tych wizji jest prawdziwa? A może żadna? Może wszystkie po trochu? Może jedna bardziej niż inne? Jakiego ty widzisz Chrystusa? O jakim uczysz swoje dzieci? Którą wersję wyciągasz na powierzchnię swego serca? Czy masz może jakiś cel w tym, jakiego Jezusa głosisz? A może dla własnych celów wykorzystujesz Chrystusa, by tworzyć sprzyjającą ci politykę? Bierzesz może Chrystusa gniewnego, by twoi słuchacze byli ci podlegli, by w strachu słuchali twoich wytycznych?
A może Chrystus cierpiący jest ci potrzebny, by wzbudzać poczucie winy u innych? Czy Chrystus służy ci może do pokazywania własnej mądrości, wzbudzania u innych szacunku dla ciebie? Albo potrzebujesz Go, by mówić, że wszystko ci wolno – by uciec od odpowiedzialności? A może… Chrystus po prostu ci przeszkadza i Go omijasz?!
W pewnym mieście znajdowała się świątynia, a w niej lustro. Nie było to jednak zwykłe lustro – każdy, kto do niego podszedł, widział w nim twarz Jezusa taką, jaką chciał zobaczyć. Pewien uczony przychodził tam codziennie i patrzył w lustro z dumą. Widział w nim Mędrca – surowego, poważnego, pełnego cytatów. Potem wracał do domu
i mówił ludziom, jak mają żyć. „Chrystus tak by powiedział!” – krzyczał, choć nikt nie słyszał Bożego głosu, tylko jego własny.
Inny człowiek, o bolesnych wspomnieniach, przychodził i widział w lustrze Cierpiętnika. Wzdychał, płakał, klękał. A potem szedł i mówił innym: „Patrzcie, jak Jezus przez was cierpi! Jak możecie Go ranić?” – a nikt nie zauważał, że tym bólem wiąże ich i nie daje im powstać.
Jeszcze inny, zawsze uśmiechnięty, przychodził do lustra i widział Przyjaciela – dobrego, łagodnego, który nigdy nic nie mówił twardo. Potem wracał do ludzi i szeptał: „Jezus rozumie. Wszystko wolno. Miłość to tylko akceptacja” – a nikt nie dostrzegał, że ten przyjaciel był pozbawiony prawdy.
W końcu do lustra podeszło dziecko – nie miało wobec niego planów ani nie znało nauk, ani nie czuło bólu, ani nie przywdziewało masek. Po prostu spojrzało i zapytało: „Kim jesteś, Panie?”. I wtedy lustro pękło, a za nim… stał prawdziwy Jezus. Cichy. Patrzył. Nic nie mówił – tylko zapraszał do siebie.
Jezus nie przyszedł po to, by spełniać nasze cele, lecz by zbawić nasze dusze. Jeśli Go zniekształcamy, to stajemy się jak ci, których wyrzucał ze świątyni. I biada nam, jeśli któregoś dnia On znów zapłacze nad naszym miastem. Amen.
„Zwiastun Ewangelicki” 15-16/2025



