miniatura

W wieku 81 lat zmarła w Wieluniu 4 maja 2025 r. oddana całym sercem Kościołowi, zaangażowana w życie parafii i diecezji wieluńska parafianka Ella Podyma. Jej pogrzeb odbył się w Wieluniu w dniu 9 maja. Zmarłą pożegnali biskup diecezji warszawskiej Jan Cieślar i dk. Paweł Gumpert Obst. Żegnała ją córka, wnukowie, przyjaciele, parafianie.

Urodziła się 24 września 1943 roku w Śmiecheniu jako najmłodsza z rodzeństwa. Było ich pięcioro Helena, Tadeusz, Robert, Elza i Ella. Urodziła się w rodzinie ewangelickiej, gdzie miłość, szacunek, praca i wiara były priorytetem. Lata dorastania spędziła w Kopydłowie. Nie były to lata łatwe. Czasy biedy, wyrzeczeń i upokorzeń. Rodzice, Helena i Bolesław, ciężko pracowali w świniarni, aby zapewnić byt rodzinie. Do szkoły chodziła do Białej pieszo 5 km w jedną i drugą stronę, bez względu na pogodę – dla dziecka to było duże wyzwanie. W niedzielę natomiast chodziła pieszo do kościoła do Wielunia, również pokonując sporą odległość.

Pracę zawodową rozpoczęła we Wrocławiu. Swojego męża Jana poznała w Kraszkowicach, to była miłość od pierwszego wejrzenia. Nazywał narzeczoną mimozą, bo była tak samo delikatna, jak liście mimozy, które zamykają się przy lekkim dotknięciu. Pobrali się 4 grudnia 1965 roku. Nie było to długie małżeństwo, on pracował w Knurowie, ona we Wrocławiu. W dniu 27 stycznia 1967 roku mąż zginął w wypadku, a w maju miała się urodzić ich córka. Trudny to był czas. Ella Podyma zamieszkała z rodzicami w Kopydłowie i tam też do 3 roku życia wychowywała się jej córka. Po wielu staraniach zamieszkały obie w Wieluniu razem z dziadkami, w lepszych warunkach. Pracowaław ZUGiL-u, po pracy szyła, wyszywała, szydełkowała, robiła na drutach i zajmowała się domem. Uczyła córkę tych wszystkich rzeczy. Gdy po latach przyszły na świat wnuki: Filip, Kuba i Dominik, cieszyła się, zawsze o nich pamiętała, dbała, byli jej oczkiem w głowie.

Ella Podyma była oddana Kościołowi – pełniła funkcję delegata do synodu diecezji – wówczas katowickiej. Angażowała się w prace w parafialnym kościele, na cmentarzu i przy organizowaniu różnych uroczystości. Każdy, kogo spotkała na drodze życia, doświadczał jej dobroci, miłości, dzieliła się chętnie życiową wiedzą i doświadczeniami. Była zaradna i pracowita – zawsze znalazła coś, co jeszcze trzeba było zrobić.

W zeszłym roku dostała udaru, który zatrzymał jej aktywność. Nie umiała sobie wytłumaczyć, że będzie musiała zmienić swoje życie, że nie będzie mogła jeździć na rowerze, pracować, załatwiać swoich spraw sama, że teraz trzeba zwolnić, że inni powinni o nią teraz zadbać. W tym kolejnym, trudnym czasie zapisała piękne słowa, zaznaczając datę i godzinę – było to 23 lutego 2024 roku godzinie 3.30: „Człowiek i życie a żelazko i dusza”. Porównała człowieka do żelazka, które jest wytrzymałe, a życie do duszy, miała na myśli takie stare żelazko, które musiało mieć nagrzany wsad – tzw. duszę, żeby mogło prasować. To życiowe żelazko prasuje nasze drogi, ale jeśli dusza jest zimna, to pozostają zagniecenia. Duszę można ogrzać miłością, zrozumieniem drugiego człowieka, empatią. Tego nauczyła się od swoich rodziców i przekazywała dalej.

Miłość jest jak wiatr – trudno go zobaczyć, ale można go poczuć. Obdarzała bliźnich taką niewidoczną miłością, ale miłością, którą czuć było we wszystkim, co robiła. Wiele dobrych śladów zostawiła po sobie w ludzkich sercach i pamięci.

 Małgorzata Janusiak