miniatura

„I stało się, gdy ich błogosławił, że rozstał się z nimi”.
Łk 24,51

Zatem wiosna, Wielkanoc, kwietniówka, majówka i czerwcówka. I koniecznie trzeba gdzieś wyjechać. W góry, nad rzeczkę czy nad morze. Kto się z domu nie ruszy, nie ma czego pokazać ani nie ma się czym pochwalić. Owce trzeba na hale wyprowadzić.

Pan Jezus wyprowadza swoje owieczki, swoich apostołów aż do Betanii, błogosławi im i rozstaje się z nimi. Oni zaś wracają do Jerozolimy, a po czasie ruszają z Ewangelią na cały świat. Zwycięża wędrowanie, per pedes apostolorum, czyli pieszo – na wzór apostołów, w sandałach, ale i w samolotach – przez Azję, Afrykę, Europę i obie Ameryki.

Wędrowanie było chyba od zawsze. Tylko że ostatnio podróże stały się niezwykle szybkie. Nie tylko w znaczeniu pokonywania kilometrów lub mil, ale także w sensie kolejnych, nowych etapów ludzkości. Niecierpliwie przewijamy obrazki czy akapity tekstu uważając, że już to wiemy, że już to zrozumieliśmy, że już tam byliśmy. I pewnie to prawda, przynajmniej w wymiarze ziemskiej, horyzontalnej pielgrzymki przez świat.

Dopiero gdy się otwiera perspektywa wertykalna, czyli pionowa: góra – dół, krajobraz zmienia się nie do poznania. Oto Jezus pozostawia uczniów samych!? A ta samotność trwa już prawie dwa tysiące lat? Obiecuje im jakiegoś ducha, jakiegoś pocieszyciela i… radźcie sobie sami?! Patrzcie, jakie szerokie otwierają się pastwiska: całe Imperium Romanum, cała średniowieczna Europa, rewolucja przemysłowa, Internet, sztuczna inteligencja i my, wpatrzeni w światełka – nie na niebie, lecz we własnej dłoni.

Trudno jest dostrzec znaczenie wszystkiego, co się dzieje tu i teraz. Być może warto pamiętać o tym wędrowaniu w wymiarze góra – dół. Ty na kolanach, a w górze Ciało i Krew Chrystusa. Ty w załamaniu i w dole, a w górze wzniosłość i wspaniałość Boga Ojca. Ty w górze hybris, czyli pychy i uporu, a w dole Chrystus w grobie i w krainie umarłych. My w pokoju i bezpieczeństwie, a nad nami miecze niespodziewanego. Jak zobaczyć sens istnienia, które odzywa się samotnością, smutkiem albo po prostu cierpieniem? Ile razy trzeba sobie powtarzać to znane z Ewangelii zdanie, że i Chrystus musiał cierpieć?

W biosferze stworzenia dzieje się wiele zła, słowa zamierają na ustach, a śmierć jest nieodwracalna. Niektórzy odczuwają to jako nieobecność Boga: W świecie, w którym dzieją się takie rzeczy, Bóg istnieć nie może. Ale z drugiej strony, jeśli nie potrafię samodzielnie określić początku, porządku lub końca wszelkiej rzeczy, potrzebuję kogoś, kto jest i był zawsze. Potrzebuję Boga, który widzi dalej i więcej niż tylko ból.

On nie pozostał na krzyżu, nie pozostał w grobie, choć wędrował przez wszystkie stany naszych ludzkich wzlotów i upadków. Podziwianie… i wykorzystanie. Wywyższenie – poniżenie. Uwielbienie – znienawidzenie. Zadawał takie same pytania, jak ci, którzy krzyczą: „Dlaczego?!”. Wołał w swoim bólu i opuszczeniu. Patrzył w oczy demonów i śmierci. I jeśli nawet niczego nie mógł zrobić, to widział dalej, widział poprzez zasłonę i poza horyzont przyziemnego wędrowania czy nawet horyzont wznoszenia się i opadania. „Cóż tedy na to powiemy? Jeśli (taki) Bóg za nami, któż przeciwko nam? On, który nawet własnego syna nie oszczędził, ale go za nas wszystkich wydał, jakżeby nie miał z nim darować nam wszystkiego?” (Rz 8,31-32).

Spójrz na mnie, Panie Jezu, tu jestem, tu leżę. Tak naprawdę to już nie wędruję. Ja tu tylko leżakuję. Jeszcze nie zostałem zauważony. Zauważ mnie. Tu chcę coś powiedzieć, ale już nie umiem. Wysłuchaj mnie, Panie. Już nie mogę otworzyć oczu, ale Ty patrz na mnie. Bądź ze mną, to może da się jeszcze rozpocząć ten nowy etap, o którym mówiłeś? Chciałbym znów na pastwiska zielone, do Jerozolimy złotej, na majówkę wesołą w domu Ojca Jezusa Chrystusa. Amen.