– rozmowa z Helgą Sikorą
Całe życie mieszka pani na Śląsku Cieszyńskim, od lat w Pruchnej. Jednak pochodzi pani z Mazur – proszę opowiedzieć o swojej rodzinie.
Urodziłam się w Sadach, to jest 6 km od Mikołajek jako Helga Krisz. Było nas czworo dzieci, dwie dziewczyny i dwóch chłopaków. Najstarszy był brat, potem siostra. Ja byłam trzecia, a po mnie był jeszcze jeden brat. Rodzice mieli gospodarstwo – 120 morgów ziemi, a 4 morgi to jeden hektar. Mieściło się nad samym jeziorem, a tym jeziorem można było dopłynąć do Mikołajek.
Jak wyglądał praca w takim dużym gospodarstwie?
To było dość duże gospodarstwo, zatrudnialiśmy pracowników. To były dwie rodziny, jedna do koni, druga do krów – bo były krowy. Mleko wlewało się do 20 litrowych baniek i jedna osoba ze wsi zawoziła te bańki do Mikołajek. My mieszkaliśmy trochę za wsią. Mieliśmy też świnie, dwie pary koni. No i kury, i gąski – zawsze takie czyściutkie, bo kąpały się w jeziorze. Wzdłuż jeziora mieliśmy duże pole i tam rosły olchy. Z rybakami mieliśmy taką umowę, że oni sobie wycinali drzewa, ile potrzebowali do wędzenia ryb, a raz na tydzień przyjeżdżali i od nich braliśmy ryby, szczupaki czy co tam złowili. Jako dzieci my też pomagaliśmy w pracy w gospodarstwie. Zanim poszliśmy do szkoły musieliśmy na przykład wygonić inwentarz na pastwisko.
Do jakiej parafii należała wasza rodzina?
To były Mikołajki. To był w ogóle taki region ewangelicki. Tam nie było katolików. Nie pamiętam, żeby jakikolwiek tam kiedyś mieszkał. Ochrzczona zostałam w kościele w Mikołajkach. Na lekcje religii chodziło się do takiego domu również w Mikołajkach, ale nie tam, gdzie dzisiaj mieszka ksiądz, tam się odbywały tylko godziny biblijne. Ten dom stoi tam, gdzie się idzie wzdłuż jeziora na górę, jak się ta ulica nazywała…
To nie było przy samym kościele?
Nie, nie, to było dalej. Chyba ten dom dalej istnieje. To się wszystko zapomina – ja mam już 90 lat.
A pamięta pani naukę konfirmacyjną i konfirmację? Dużo was na te lekcje chodziło?
No to były dwa roczniki – 13 lat i 14 lat – i potem się szło do konfirmacji. Nie było nas za dużo. Do około dziesięciu osób. Tylko to nie była młodzież z jednej wioski, ale również z pobliskiej okolicy, z całej parafii Mikołajki. Co ciekawe, konfirmację miałam razem z młodszym bratem, chyba w 1946 roku. Z powodu wojny, która wszystko przerwała. Młodszy brat dorósł do tego wymaganego wieku, więc mieliśmy ją razem. Konfirmował nas ks. Władysław Pilch. Nawet mam gdzieś świadectwo konfirmacyjne.
Czy z mazurskiego dzieciństwa ma pani jakieś miłe wspomnienia?
Za miłe to dzieciństwo nie było. Raczej trudne. Mama zmarła, gdy miałam sześć lat. Tata musiał się ponownie ożenić, bo gospodarstwo potrzebowało gospodyni. Urodziła im się trójka dzieci i one były te dobre, a my – te do roboty, bo tak to jest z macochą. Mój małżonek, gdy wiele lat później słyszał, jak to wszystko wyglądało, to mówił: „ja ci to wynagrodzę”. No, naprawdę był wspaniały.
Dobrze wspominam babcię, która była bardzo pobożna, w niedzielę nie pozwoliła nam niczego robić, bo uważała, że to jest dzień Pański, dzień odpoczynku. Była strasznie kochana, pamiętam, że sztrykowała [robiła na drutach] dla mnie rękawiczki…
Później przyszła wojna w 1945 roku – na tym terenie dopiero wtedy, bo Prusy Wschodnie – Ostpreussen należały do państwa niemieckiego.
Tak, w moje 14 urodziny zobaczyłam pierwszych Rusów, dokładnie 30 stycznia 1945 roku (śmiech). Rosjanie byli tam u nas gdzieś do jesieni, a potem już to Polska administracja przejęła Mazury i później trzeba było się porozumiewać, załatwiać wszystko po polsku. Tyle pamiętam.
Czy w czasie tej wojny jakaś bliska pani osoba zginęła? Kogoś pani straciła?
Zginąć nie zginęła, tylko jak przyszły Rusy, to zabrały nam wszystkie krowy i wzięli też moją siostrę, bo ktoś musiał te krowy oporządzić, wydoić – i wywieźli ją w głąb Rosji, aż za Ural. A bracia na szczęście byli na tyle jeszcze mali, że nie zostali wzięci do wojska. Najstarszy brat był tylko niecałe dwa lata starszy ode mnie. Niestety siostra się poważnie rozchorowała, w tych warunkach, jakie w Rosji panowały. Zima była o wiele surowsza niż na Mazurach. Jako chorą osobę odesłano ją, ale nie do Polski, bo była uważana za Niemkę, tylko do NRD. Nie mogła wrócić do Polski.
Wyzdrowiała?
Owszem, wyzdrowiała. Poznała tam męża, który pracował na granicy między NRD i NRF. Później razem uciekli do NRF, bo jej mężowi się udało to załatwić. Byłam ją potem odwiedzić. Niestety już oboje nie żyją.
Wiele mazurskich rodzin zostało po wojnie zmuszonych do opuszczenia swoich domów i gospodarstw i wyjazdu do Niemiec. Czy początkowo mogliście jeszcze gospodarować, uprawiać swoją ziemię?
No tak, kto by nie uprawiał? Tylko, że tyle koni zabrali, że nie było czym robić i to było najgorsze. Ale jeden drugiemu trochę pomagał, potem kto miał traktor, to również pomagał, żeby tę ziemię uprawiać. Ale ciągle były kłopoty, to nie było takie proste. Widać było, że nie będzie życia takiego jak dawniej. Po prostu nas wyganiali. „Co tu jeszcze robicie? Won, teraz my tu będziemy” – tych słów nie zapomnę nigdy. Bracia jednak pracowali i uprawiali rolę w naszym gospodarstwie. Straszne rzeczy się tam działy. Polacy ukradli im konie, bo uważali ich za Niemców. Może lepiej nie wspominać o tym.
Dlaczego? Niech młodsze pokolenie wie, że takie rzeczy się działy i nic nie było takie piękne i proste.
Tata nie mógł się pogodzić z tymi nowymi przepisami dotyczące gospodarstw, z kolektywizacją rolnictwa, jak również chodziło o bydło, konie – wszystko co stracił. Była to dla niego tragedia. Umarł trzy lata po wojnie.
Niestety ostatecznie rodzina pozbyła się tego majątku…
No pozbyła się, co zrobić? Reszta rodziny przeniosła się do Niemiec. Bracia wyjechali później, wydaje mi się, że w latach siedemdziesiątych. Za Gierka zaczęto ludziom pozwalać wyjeżdżać z kraju w ramach „łączenia rodzin” i bracia skorzystali z tej możliwości. Niewiele za gospodarstwo dostali, bo każdy się targował, wiadomo, że jak wyjeżdżają, to sprzedać muszą.
Mój Boże, dziadek tak dobrze gospodarzył, ojciec dokupił pola i było tak fantastycznie prowadzone… W pokoju mam fotografię zrobioną z pomostu na terenie naszego gospodarstwa. Tam do nas statki podpływały, jedna ciocia tam na tych statkach pracowała. Jak to wszystko jest daleko… Brat raz tam pojechał z Darmstadt i aż się rozpłakał, bo na miejscu tego naszego pola stały hotele.
A jak to się stało, że pani nie wyjechała z rodziną, że pani została w Polsce?
Nasz ksiądz uciekł przed armią radziecką i został w Niemczech, już stamtąd nie miał po co wracać. A do Mikołajek po wojnie przyszedł ksiądz Władysław Pilch z Cieszyna. Widząc naszą ciężką sytuację, bo tata już nie żył, opowiedział mi o Cieszynie, że „tam jest szkoła, tam się możesz uczyć i zdobyć zawód”. Ponieważ wojna przyszła w styczniu, a świadectwa były na zakończenie roku szkolnego wiosną, to ja nie miałam nawet świadectwa ukończenia szkoły podstawowej. Koleżanka, Hilda Fornason, która również była Mazurką, przyjechała tu wtedy ze mną, w październiku 1948 roku. Ale ona po pewnym czasie wyjechała do rodziny do Niemiec. Niestety już dawno umarła.
Zaczęły się panie uczyć w szkole pielęgniarskiej?
Tak, ale najpierw musiałyśmy się trochę pouczyć języka polskiego. Myśmy mieszkały w Dzięgielowie w diakonacie Eben-Ezer. Tam uczyli tacy nauczyciele jak pan Rusnok i jeszcze jeden starszy pan, nazwiska nie pamiętam. Uczyli nas polskiego, bo bardziej się język niemiecki umiało. Jak po przyjeździe usłyszałam pierwszy raz, jak ksiądz z kimś tu rozmawia, to nic nie rozumiałam i się przeraziłam, po jakiemu oni mówią. Później chodziłam do szkoły do Bielska dwa lata, do szkoły pielęgniarskiej, dojeżdżałam z Dzięgielowa. Po szkole dostałam świadectwo i zaczęłam pracę. Wtedy obowiązywały nakazy pracy, obie dostałyśmy nakaz pracy w Szpitalu Śląskim w Cieszynie. Zaczęłam pracować na oddziale dziecięcym, a potem dość szybko przeniesiono mnie na salę operacyjną, gdzie pracowałam jako instrumentariuszka, bo moi przełożeni uznali, że jestem akuratna i odpowiedzialna. I tam zostałam do samej emerytury w 1987 roku.
Czy ten Kościół ewangelicki, z którym się pani spotkała na Śląsku Cieszyńskim był inny niż ten z Mazur z czasów pruskich?
Raczej nie. Wyznanie było to samo, była tylko kwestia języka. Może były jakieś drobiazgi, ale już tego nie pamiętam. Jeśli chodzi o święta, to nie przypominam sobie żeby były specjalne różnice. Na Boże Narodzenie też dostawaliśmy prezenty – słodycze, na Wielkanoc szukaliśmy w ogrodzie jajek, jak była ładna pogoda.
Co panią zaskoczyło, zdziwiło, po przyjeździe tutaj?
Wieczorem zawsze chodziłam do sąsiadów po drugiej stronie wzgórza w Puńcowie po mleko. I pewnego razu jesienią idę, a nad cmentarzem jest taka wielka łuna, jakby się paliło i ktoś tam rozmawia. Przestraszyłam się. Zupełnie nie wiedziałam co się dzieje. A to musiał być 1 listopada i katolicy palili znicze na grobach. U nas tego nigdy nie widziałam, bo nie było katolików.
Tutaj poznała pani również swojego męża. Jak to się stało?
W Dzięgielowie, gdzie mieszkałam, nie mieliśmy swojego kościoła, ale była kaplica. W niej on mnie jakoś zobaczył na nabożeństwie i powiedział sobie – jak mi potem mówił – „albo ta, albo żadna” (śmiech). No i zaczęły się podchody! Ślub z Tadeuszem Sikorą wzięliśmy 14 października 1954 roku. Mieliśmy dobre życie. Różne przygody przeżyłam w życiu. Niestety mąż w czasie stanu wojennego w 1981 roku przejął się tym wszystkim i miał pierwszy zawał. Zmarł w 1991 roku.
Wychowała pani dwójkę dzieci, czy one były dwujęzyczne?
No, niemiecki znali z domu, ale po polsku też umieli. Gdy szli do szkoły, a nawet do przedszkola musieli już mówić po polsku. Kiedyś nawet w domu nie wolno było mówić po niemiecku, w szkołach też nie uczyli tego języka.
I to zaprocentowało w ich życiu.
Racja. Córka długo mieszkała w Niemczech, a potem w Austrii, to na pewno jej się przydało.
Czy mogę zapytać, w jakim języku się pani modli?
Po niemiecku się modlę, na przykład Vater unser – Ojcze nasz… (śmiech).
Tak myślałem! Parafianie, którzy zostali po wojnie na Dolnym Śląsku, również mi powtarzali: „Modlić się – mogę tylko po niemiecku, bo to jest Muttersprache”. W kontakcie z Bogiem najlepiej wyraża myśli język ojczysty.
Tak, o to właśnie chodzi. Wierzę w tego samego Boga, ale jednak w swoim ojczystym języku.
Gdyby miała pani określić, gdzie jest pani ojczyzna, to gdzie się ona znajduje?
Ostpreussen. Tam się urodziłam, tam chodziłam do szkoły, tam byłam konfirmowana.
Kiedy ostatnio była pani na Mazurach?
Dawno temu. Tam teraz nie mam nikogo.
rozmawiał ks. Tomasz Bujok
„Zwiastun Ewangelicki” 15-16/2021



