miniatura
315

– czy bierzemy za siebie odpowiedzialność?

 

Wielokrotnie próbując zrozumieć biblijne teksty chrześcijanie poruszają się po stałych, dobrze znanych i wyznaczonych wcześniej ścieżkach. Te interpretacje są często kompilacją wyobrażeń z dzieciństwa z bardziej dojrzałym rozumieniem związanym z samodzielnym czytaniem Pisma Świętego i, a może przede wszystkim, z egzegezą danych tekstów, słyszaną wielokrotnie w czasie kazań i spotkań w kościele.

W ten sposób jednak może nam umknąć wiele cennych treści. Odkryć możemy je dopiero, gdy odsuniemy na bok wszystko to, co na temat danej historii już wiemy i spróbujemy spojrzeć na nią z całkiem innej perspektywy.

Takim tekstem, z pozoru prostym w interpretacji, jest opowieść ewangelisty Jana o uzdrowieniu chorego przy sadzawce Betezda (J 5,1-15). Spójrzmy na tę historię jak na obraz. Co widzimy? Sadzawkę, a może raczej basen, otoczoną pięcioma budynkami – krużgankami, w których leży mnóstwo chorych – niewidomych, kulejących, wycieńczonych przewlekłymi, wyniszczającymi dolegliwościami. Przykry widok. Obok przechodzą ludzie, bo sadzawka leży tuż obok jednej z bram do miasta. Wśród przechodniów widzimy Jezusa. Nauczyciel dostrzega pewnego człowieka, podchodzi i pyta: „Chcesz być zdrowy?”. Mężczyzna choruje od 28 lat. Ze smutkiem, a może i skargą w głosie odpowiada: „Panie, nie mam człowieka, który by mnie wrzucił do sadzawki, gdy woda się poruszy; zanim zaś ja sam dojdę, inny przede mną wchodzi” (J 5,6). Te słowa od razu uruchamiają w człowieku wrażliwość na ludzką biedę.

Bardzo często w interpretacji tej historii akcentujemy słowa „nie mam człowieka”, widzimy w niej Jezusa, który daje nam przykład, abyśmy tak jak On, dostrzegali samotnie cierpiących i przychodzili im z pomocą. Ale czy nie dajemy się zwieźć naszej chrześcijańskiej wrażliwości? Czy w ten sposób nie obarczamy się brzemieniem, które niejednokrotnie może być dla nas zbyt ciężkie? Czy każdy cierpiący człowiek potrzebuje naszej pomocy? A jeśli ta pomoc mu nie służy albo wręcz jej nie chce przyjąć?

Boska interwencja czy prawa natury?

Nazwa Betezda w języku hebrajskim oznacza dom miłosierdzia lub dom łaski. Żydzi, jeszcze przed czasami Jezusa, wierzyli w uzdrawiającą moc wód tej sadzawki. Także później Rzymianie, uznając wyjątkowe ich właściwości, wybudowali w tym miejscu termy – lecznicze łaźnie. Dziś też używamy określenia „wody lecznicze” czy bardziej potocznie, wody termalne i wiemy, że ich skład chemiczny rzeczywiście przyczynia się do poprawy zdrowia. Starożytni ludzie nie rozumieli, skąd bierze się uzdrawiająca moc wody. Zauważyli jedynie, że co pewien czas, z podziemnego źródła woda wybija do basenu – co widoczne było jako jej poruszenie się – i to niektórym pomaga, i leczy ich dolegliwości. Stąd pojawiły się opowieści, a później legenda, że to Anioł Boży zstępuje i porusza wodę, a uzdrowiony zostanie ten, który pierwszy do niej wejdzie.

Taka wiara w cud uzdrowienia z choroby jest dosyć powszechna także współcześnie. Księgarnie i portale internetowe są pełne doniesień o cudownych, ozdrowieńczych właściwościach produktów, diet, suplementów, zabiegów medycznych, które mogą wyleczyć choroby, poprawić stan zdrowia, odmłodzić. I tak jak w przypadku wody z Betezdy, dla jednych są to metody skuteczne i rzeczywiście dolegliwości ustępują, a u innych nie widać poprawy. W tym jednak też nie ma niczego ponadnaturalnego, tylko zwyczajny wpływ jedzenia, witamin czy stylu życia na stan zdrowia. Mimo to, czytając czasem komentarze niezadowolonych klientów możny wysnuć wniosek, że niektórzy naprawdę spodziewali się cudu. Zapomnieli, że człowiek jest istotą złożoną i czasem nie wystarczy łyknąć kolorowej pastylki, aby rozwiązać życiowe problemy.

Robert Bateman, Sadzawka Batezda

W pułapce pytań

Historia o uzdrowieniu paralityka może też wzbudzić w człowieku ciekawość. Na brzegach sadzawki były tłumy chorych i cierpiących. Dlaczego Jezus zwrócił uwagę właśnie na tego człowieka? Dlaczego jego wybrał, a obok innych przeszedł obojętnie? Takie pytanie współcześnie też często się pojawia, jeśli nie na ustach, to w myślach, gdy dostrzegamy, że świat nie jest sprawiedliwy. Czemu Bóg jednemu pozwala dożyć sędziwości, a innego zabiera w sile wieku? Dlaczego ktoś się urodził zdrowy, a inny chory? Dlaczego jednemu wiedzie się w życiu i odnosi sukcesy, a inny ma nieustannie pod górkę? Skąd tyle nierówności, niesprawiedliwości wokół nas? Być może chory człowiek też wielokrotnie zadawał sobie to pytanie. Dlaczego mnie to spotkało? Dlaczego akurat na moją chorobę nie ma lekarstwa? Dlaczego nie ma mnie kto wrzucić do wody? Ale w tym pytaniu kryje się pułapka, bo jeśli ktoś skupia się na nim, to koncentruje się na krzywdzie i niesprawiedliwości, a nie na szukaniu pomocy czy rozwiązania. Ciekawe, jak było z tym człowiekiem przy sadzawce? Czy umiał brać odpowiedzialność za siebie i szukał rozwiązań, czy też raczej stał się niewolnikiem pytania: „Dlaczego?”.

Cud bez wiary

Historia zapisana przez Jana jest w pewnym sensie wyjątkowa. Jezus dokonał w czasie swojej działalności dużo cudów uzdrowienia. W wielu przypadkach docenił wiarę lub determinację chorego, zaś fakt uzdrowienia poruszył duchowo tego, który tej łaski doświadczył. Ewangelista Marek opisuje historię uzdrowienia niewidomego Bartymeusza (Łk 18,35-43), który gdy dowiedział się, że Jezus przechodzi drogą, zaczął głośno krzyczeć: „Jezusie, Synu Dawidowy, zmiłuj się nade mną!”. Przechodnie uciszali go, krzyczeli, aby milczał, ale on nie dał się zagłuszyć, a gdy Jezus go zapytał: „Co chcesz, abym ci uczynił?”, bez wahania odpowiedział: „Panie, abym przejrzał!”. Ileż było w nim wiary, ile determinacji w walce o zdrowie!

A jak zachowuje się nasz chory przy sadzawce? Jezus podchodzi do niego i pyta: „Chcesz być zdrowy?”. A on odpowiada, że to niemożliwe, że nie mam człowieka, który mógłby go wrzucić do wody. Jego słowa brzmią niemal jak oskarżenie: nie mogę być zdrowy, bo nikt mi nie pomaga, bo nikt mnie nie kocha, bo nikomu na mnie nie zależy! Czy bardziej na miejscu nie byłaby odpowiedź: „Tak, Panie! Chcę być zdrowy! Może mógłbyś mi pomóc i poczekać ze mną aż woda się poruszy?”. Tak długo był sam, a gdy ktoś się nim w końcu zainteresował, on nie uśmiechnął się z wdzięcznością, nie poprosił o pomoc, ale zaczął się uskarżyć. Tak mocno skupiał się na tym, czego przez tak długi czas nie miał, że nie zauważył, iż właśnie to dostał! Otrzymał od Jezusa zainteresowanie, troskę, gotowość pomocy, ale nie potrafił tego docenić, bo był skoncentrowany na swojej samotności i poczuciu krzywdy.

Warto porównać jego reakcję z tym, jak zachowywał się inny uzdrowiony, niewidomy od urodzenia, którego Jezus uzdrowił przy sadzawce Syloe (J 9). Ten, przepytywany przez Żydów kto go uzdrowił, w jaki sposób i kim dla niego jest, bez wahania złożył świadectwo swojej wiary, nie pozwolił się zmanipulować faryzeuszom, którzy nazywali Jezusa grzesznikiem. Zdecydowanie bronił Nauczyciela mówiąc: „Nie wiecie skąd on jest, przecież otworzył oczy moje, a Bóg grzeszników nie wysłuchuje (…), gdyby ten nie był z Boga, nie mógłby nic uczynić” (J 9,30-31.33).

A jak zachowuje się nasz uzdrowiony? Początkowo nie wie, z kim ma do czynienia, ale potem spotyka Jezusa w świątyni i już nie może mieć wątpliwości. I… nic się nie dzieje. W historii nie ma ani słowa o tym, że Mu podziękował. Po prostu odszedł i powiadomił faryzeuszy, że to Jezus go uzdrowił. Zastanawiając się nad jego zachowaniem w głowie rodzi się pytanie, czy ten człowiek rzeczywiście pragnął być zdrowy? Czy nie było tak, że ze swojej choroby czerpał jakieś profity? Może dzięki niej mógł się nad swoim losem poużalać, pławić się w poczuciu krzywdy, uskarżać na swój zły los, na swoją samotność, ludzką obojętność i nic nie musiał zmieniać. Nie musiał działać! A Jezus mu ten komfort popsuł.

W tym kontekście łatwiej jest zrozumieć słowa Zbawiciela: „Oto wyzdrowiałeś, już nigdy nie grzesz, aby ci się coś gorszego nie stało” (J 5,14). To niekoniecznie musi oznaczać, że choroba tego człowieka była skutkiem jego grzechu, choć nie jest to wykluczone. Być może to nie dolegliwości fizyczne były jego główną chorobą, może bardziej chora była dusza? Bo może w swoim cierpieniu był tak skoncentrowany na sobie, że ludzie się od niego odwrócili? A może to on sam się od nich odwrócił, może odwrócił się też od Boga? Może Boga też o swój los oskarżał?

Tacy ludzie są wokół nas, spotykają ich na swojej drodze pracownicy socjalni, asystencji rodziny, kuratorzy, terapeuci, bardzo trudno im pomóc, bo nie chcą brać odpowiedzialności za swoje życie i swoją sytuację, nie chcą zmiany, chcą pozostać w tym, co jest. Ale nie trzeba być wcale nieporadnym życiowo beneficjentem pomocy społecznej, taka przypadłość może dotknąć każdego z nas. Gdy człowiek w środku boi się nowego, to chociaż jest mu źle, mimo że cierpi, to tak naprawdę wcale nie chce niczego zmieniać. Jest bierny, nie robi nic, tylko czeka na cud.

Może i dziś Jezus pyta wielu z nas: Czy chcesz być zdrowy, szczęśliwy, spełniony? Czy chcesz mieć dobre relacje z ludźmi? Czy chcesz kochać i być kochany? Naprawdę tego chcesz? Zastanów się dobrze, czy rzeczywiście, bo co będzie, jeśli wydarzy się cud i Bóg cię wysłucha? Będzie trzeba wstać, wziąć łoże, czyli odpowiedzialność za własne problemy i wyruszyć ze swojej strefy komfortu. Zmiany są trudne i generują stres. Lęk przed zmianą jest czymś naturalnym. Ale jeśli tych obaw będzie w nas za dużo, to możemy przesiedzieć całe życie w Domu łaski czekając na poruszenie się wody i nie zauważyć Jezusa, który staje obok nas i pyta: Chcesz być zdrowy?

Naśladujmy Jezusa

Skupmy się teraz na postawie Jezusa. On nie zganił braku wiary czy niefrasobliwości chorego, nie wypomniał mu skupiania się na sobie i własnej krzywdzie. Pomógł mu, mimo że ten wcale o to nie prosił. My czasem łatwo oceniamy innych. Bóg tak nie postępuje, bo wie, że skoro człowiek żyje w niekonstruktywny, dysfunkcyjny dla siebie sposób, jest pogrążony w błędnym kole cierpienia, może biedy, może poczucia krzywdy, braku wiary, przemocy, samotności, przygnębienia czy nałogu z którego sam nie potrafi wyjść, to często dzieje się tak dlatego, że zwyczajnie nie potrafi żyć inaczej. I potrzebuje, żeby ktoś stanął przed nim i zapytał: Chcesz być zdrowy? I pomógł mu wykonać pierwszy krok. Tacy ludzie potrzebują też często uzdrowienia duchowego, potrzebują Jezusa, który nieproszony i nieszukany przyjdzie do nich i uzdrowi to, co chore. Czasem niewiele można pomóc, czasem, wobec czyjegoś cierpienia, choroby, bólu możemy czuć się bezsilni. Ale nigdy nie jesteśmy bezradni, bo zawsze możemy się modlić! Także o tych, którzy być może nie są już w stanie modlić się o siebie samych.

„Zwiastun Ewangelicki” 8-9/2020