miniatura
509

– wspomnienie ks. ppor. Alfreda Figaszewskiego (1924-2020)

Na początku lat 90, gdy byłem małym chłopcem, a dziadek dopiero co przeszedł na emeryturę, zjeździliśmy jego niezniszczalnym polonezem pół świata. Długie godziny podróży, przeplatane nieoczekiwanymi awariami tego samochodu, upływały nam na rozmowach. Dziadek chętnie opowiadał o swoich przygodach i młodości. Najwięcej mówił o dzieciństwie i o ojcu. Wspominał lata pracy w Gliwicach. Niechętnie mówił tylko o wojnie.

Zawsze lubiłem słuchać tych opowieści, które wydawały się jakby z innego świata i innej rzeczywistości. Ostatnią taką podróż, choć już nie polonezem, odbyliśmy w minionym roku, gdy wiozłem dziadka na Mazury, na chrzest jego prawnuka. Jak się później okazało, była to ostatnia okazja do długiej rozmowy i wspomnień. Dziś zapis tej rozmowy to ostatnia pamiątka po człowieku, którego życie mogłoby posłużyć za inspirację niejednego filmu przygodowego.

Ciężko jest w kilku zdaniach opisać życie człowieka, który żył prawie cały wiek. Urodził się w zupełnie innej rzeczywistości i innym kraju. Polska dopiero otrząsnęła się po zwycięskiej obronie Warszawy, Piłsudski przygotowywał się do przewrotu majowego. II Rzeczpospolita z wielkim zapałem i patriotycznym duchem zrzucała zaborcze jarzmo. W takich burzliwych czasach w domu studenta teologii i zasłużonego weterana wojny polsko-bolszewickiej Alfreda Hugona Figaszewskiego oraz jego żony Marii, w dniu 8 listopada 1924 roku na świat przychodzi ich syn Alfred.

Doświadczenie rodzinnego domu, wzór i autorytet ojca odegrały kluczową rolę, gdy mój późniejszy dziadek dokonywał wyboru życiowej drogi. Jego ojciec był niezwykle charyzmatyczną i silną postacią. Bezgranicznie oddany służbie Bogu, podejmował się najtrudniejszych zadań w Kościele. Jednocześnie oddany ojczyźnie i służący jej do końca jako kapelan. Dziadek wielokrotnie wspominał nie tylko głęboko religijne wychowanie, ale także obecny w domu patriotyzm. Pradziad walczył w Legii Akademickiej, brał udział w plebiscycie na Mazurach, organizował polskie szkolnictwo na Górnym Śląsku, w końcu założył i zorganizował parafię garnizonową w Brześciu, której ukoronowaniem był wybudowany w latach 30. XX wieku kościół.

Ze wspomnień dziadka można było wnioskować, że ojca z synem łączyła szczególna więź. Wystarczy wspomnieć, że dziadek został ochrzczony dopiero w wieku 6 lat, pradziad czekał bowiem, aż zostanie ordynowany, nie chciał, by zrobił to ktokolwiek inny. Dziadek jeździł ze swoim ojcem obserwując go i ucząc się. Pewnego razu sam biskup Juliusz Bursche pomagał ratować go w czasie konferencji księży w Dzięgielowie, kiedy ten wpadł do jakiegoś zbiornika wody. Innym razem bawił się na budowie kościoła w Brześciu czy zaczepiał żołnierzy stacjonujących w Twierdzy Brześć, gdzie jego ojciec miał biuro. Szybko został też harcerzem i właśnie wracając z obozu harcerskiego nad Dniestrem dowiedział się, że jego ojciec zmarł po operacji wyrostka robaczkowego, w wieku zaledwie 40 lat, 1 sierpnia 1939 roku. Dziadek do końca życia mocno przeżywał wczesną stratę ojca. Jak się jednak okazało to, co najgorsze, miało dopiero przyjść.

Alfred Figaszewski z siostrą i ojcem przed Muzeum Narodowym w Warszawie

Wojna zastała rodzinę Figaszewskich w podwarszawskiej Radości. Tam też dziadek spędził okupację, mieszkając z matką, siostrą i dziadkami. Lokalizacja ta była spokojniejsza i bezpieczniejsza niż centrum stolicy. Nie uchroniło to jednak nastolatka przed wojenną rzeczywistością. Ci, którzy go znali, pamiętają zapewne najbardziej znane wspomnienie, gdy cudem uniknął śmierci w czasie tzw. „zbrodni w Wawrze”, gdy w odwecie za śmierć dwóch Niemców rozstrzelano 107 cywili. Dziadek uniknął rozstrzelania, musiał jednak uprzątnąć zwłoki. Obraz zmasakrowanych ciał miał przed oczami już zawsze.

To jednak nie wszystko. Innym razem ze szkolną koleżanką wpadł w łapankę. Wpierw ukryli się w bramie. Po kilku minutach dziadek jednak kazał jej wziąć go pod rękę i spokojnym, spacerowym krokiem wyszli na ulicę, i idąc środkiem drogi pomiędzy aresztowanymi i uzbrojonymi żołnierzami spokojnie opuścili to miejsce – zostali wzięci za Niemców. Innego dnia szedł ze swoją siostrą Alicją, która działała w Szarych Szeregach – dziadek uczestniczył w tym czasie w szkoleniu wojskowym Armii Krajowej (AK). W pewnym momencie dziewczyna potknęła się, a z jej plecaka na ulicę wyleciały nielegalne ulotki wydawane przez podziemie. W tej samej chwili podszedł do nich oficer Wehrmachtu, który pomógł jej wstać i pozbierał ulotki. Życzyli sobie miłego dnia i rozeszli się w swoje strony. Niemiec nie znał języka polskiego. Większość tego czasu upłynęła jednak na nauce na tajnych kompletach warszawskiego gimnazjum im. Reja. W 1944 roku dziadek zdał maturę.

Ponieważ podwarszawska Radość mieściła się po prawej stronie Wisły, gdy przyszli Rosjanie, dziadek nie mógł już służyć w AK i wziąć udziału w powstaniu warszawskim. Zamiast tego zgłosił się na ochotnika do Ludowego Wojska Polskiego i po odbyciu kursu podoficerskiego we Włodawie ruszył na front jako plutonowy, telegrafista w 6. Pułku Lekkiej Artylerii w 1. Armii Wojska Polskiego. Wraz ze swym pułkiem walczył o Piłę, Wał Pomorski, zdobywał Kołobrzeg. A za niebywałe męstwo w walkach o Łabę w czasie operacji berlińskiej został uhonorowany Krzyżem Walecznych. Za jego dokonania w 2001 roku Prezydent RP Aleksander Kwaśniewski mianował dziadka oficerem w stopniu podporucznika.

Spośród wielu trudnych wspomnień, na które nie mamy tu miejsca, bez wątpienia najtrudniejszym i najbardziej niezwykłym było wydarzenie podczas bitwy o Kołobrzeg. To były ciężkie uliczne walki, w których prowadzili swoje działa wprost na czołgi. Nieznany mu bliżej żołnierz, któremu kilka dni wcześniej pomógł nieść sprzęt, gdy ten opadł z sił, zaoferował, że tym razem to on zmieni go na stanowisku. Sekundę później dziadek upadł na ziemię powalony uderzeniem ciała swojego kolegi. Zbłąkana kula roztrzaskała głowę jego towarzysza, chwilę po tym, jak się zamienili miejscami. Dziadek wspominał, że jeszcze wiele lat po wojnie jeździł do Kołobrzegu w to samo miejsce, dziękując Bogu za uratowanie życia i modląc się za bezimiennego towarzysza broni, który oddał za niego życie.

Po wojnie 21-letni Alfred Figaszewski rozpoczął studia na Wydziale Teologii Ewangelickiej Uniwersytetu Warszawskiego. Studia skończył w 1951 roku, a rok później został ordynowany w warszawskim kościele reformowanym, kościół luterański był w trakcie odbudowy. Najpierw rozpoczął pracę w Kętrzynie, ale bardzo szybko skierowano go do Gliwic.

Ordynacja, 20 stycznia 1952 r., Warszawa, od lewej: ks. Stanisław Żwak, ks. Ernst Oborny, ks. Alfred Figaszewski, ks.Ryszard Małłek, ks. Edward Szendel; w drugim rzędzie: ks. Karol Wolfram, bp Karol Kotula, ks. Wiktor Niemczyk

Wyskakując z ks. Alfredem Hauptmanem z tramwaju na ulicy Jagiellońskiej w Gliwicach symbolicznie rozpoczął nowy etap życia. Przez 40 lat do swojej emerytury w 1992 roku był proboszczem miejscowej parafii. Dał się poznać jako troskliwy duszpasterz i wyjątkowy kaznodzieja, który choć mówił długo, potrafił skupić uwagę i nierzadko doprowadzić słuchaczy do łez.

Choć najgorsze wojenne przeżycia były już za nim, bez wątpienia nie był to łatwy czas. Trudna powojenna sytuacja wielu parafii, organizowanie na nowo życia religijnego, wewnętrzne konflikty w gliwickiej parafii, zmaganie się z uprzedzeniami i niechęcią ludności rzymskokatolickiej, to tylko początek, a już bardzo wiele dla młodego i niedoświadczonego duchownego. Dziadek wielokrotnie z oburzeniem wspominał, jak jego sąsiedzi celowo i ostentacyjnie trzepali dywany w Wielki Piątek, by zakłócać nabożeństwo. Kolejna sprawa, to działania na rzecz odzyskania majątku, nieruchomości parafii. Dziadek walczył o odzyskanie gliwickiego kościoła św. Barbary, który ostatecznie został rzymskokatolickim kościołem garnizonowym. Jedną z najważniejszych i świadczących o niebywałej odwadze księdza Figaszewskiego decyzji, był opór wobec prób pozbawienia parafii majątku. Ponoć do dziś w archiwum gliwickiej parafii znajduje się dokument z początku lat 70. ubiegłego wieku, gdy to do kancelarii parafialnej wszedł urzędnik państwowy z gotowym pismem, w którym proboszcz miał zrzec się całego mienia na rzecz Skarbu Państwa. Dziadek kategorycznie odmówił broniąc się koniecznością uzyskania zgody rady parafialnej. Dziś wydaje się to oczywiste, jednak w realiach PRL-u i poważnych konsekwencji, które rzeczywiście mogły spotkać całą rodzinę, akt ten jest godny uznania. Posiadanie nieruchomości okazało się zbawienne dla losów parafii, możemy sobie tylko wyobrazić, jak wyglądałaby i funkcjonowała dziś, gdyby jednak dziadek to pismo podpisał. Jednak w tamtych czasach budynki parafialne nie przynosiły dochodu, a ich stan techniczny wymagał niekończącej się walki o materiały budowlane i środki na remonty.

Bolesnym wydarzeniem, które nie ominęło także Gliwic, były liczne wyjazdy parafian do Niemiec. Z około 2000 wiernych w 1945 roku w kolejnych latach większość opuściła parafię. Najczęściej w tajemnicy i bez pożegnania.

Praca dziadka nie ograniczała się jedynie do Gliwic. Co niedzielę odprawiał po cztery nabożeństwa. Dodatkowo w Łabędach, Żernikach, Pyskowicach, Toszku i Wielowsi. Początkowo wożono go furmanką, czasem udawało mu się dojechać pociągiem, ale najczęściej w bydlęcych wagonach. Latem sprawdzał się rower, potem autobusy. Dopiero w latach 70. udało się uzyskać zgodę i środki na zakup pierwszego samochodu. Z czasem też udało się ustabilizować życie parafii, a nawet nawiązać zagraniczne partnerstwa, które zamieniły się we wzajemnie wizyty i obozy dla młodzieży. Szczególnie bliskie relacje udało się nawiązać z pewną wiejską parafią w Danii.

Helena i Alfred Figaszewscy, rok 1989

W 1956 roku ks. Alfred Figaszewski pojął za żonę Helenę z d. Kotulę, krewną bpa Karola Kotuli. Wspólnie doczekali się dwójki dzieci, czworga wnucząt i prawnuka. Babcia, jak to bywa w wypadku wielu parafii, stanowiła jej „szyję” – prowadziła parafialne biuro, księgowość, szkółki niedzielne i w razie konieczności lekcje religii. Śpiewała też w chórze. Do samego końca stanowili zgrany duet. Dziadek opiekował się swoją żoną w chorobie do jej ostatnich dni, gdy zmarła w wieku 89 lat w 2016 roku.

60-lecie ordynacji, 15 stycznia 2012 r., Gliwice, wokół jubilata w większości duchowni diecezji katowickiej

Ks. Alfred Figaszewski zmarł w wieku 95 lat po nagłym załamaniu zdrowotnym. Do końca, jak na swój wiek, zachowywał wyjątkową trzeźwość umysłu i sprawność fizyczną. Zmarł tak jak żył: cicho i skromnie. Jednak ślad, jaki po sobie zostawił, pozostanie na długo w pamięci. Chociaż wiele dokonał, do końca pozostał człowiekiem skromnym i pokornym zgodnie ze słowami psalmisty: „Nie nam Panie, nie nam, ale imieniu swemu daj chwałę!” (Ps 115,1).

Dziadek odszedł we śnie o poranku drugiego dnia Świąt Zmartwychwstania Pańskiego, 13 kwietnia 2020 roku. Chciałbym wierzyć, że nie jest to przypadek, a jego ostatnie kazanie i wyznanie wary w Zmartwychwstałego, służbie któremu poświęcił całe życie. Wspominając więc śp. ks. ppor. Alfreda Jana Figaszewskiego nie dajmy się ponieść smutkowi. Zamiast tego, wierni jego dziedzictwu, celebrujmy życie i zwiastujmy nadzieję wołając za apostołem Pawłem: „Pochłonięta jest śmierć w zwycięstwie!” (1 Kor 15,54).

Pogrzeb w Warszawie

Ks. Alfred Jan Figaszewski został pochowany 17 kwietnia br. w rodzinnej mogile na cmentarzu ewangelickim w Warszawie, obok swojej małżonki Heleny Figaszewskiej, która odeszła do Pana w 2016 roku. Z uwagi na obostrzenia spowodowane epidemią koronawirusa w uroczystości pogrzebowej wzięło udział jedynie pięć osób z najbliższej rodziny. Nestora polskiego duchowieństwa ewangelickiego żegnał biskup Kościoła Jerzy Samiec, który wygłosił kazanie oraz bp Marian Niemiec, który pożegnał go w imieniu diecezji katowickiej, a także parafii w Gliwicach i Pyskowicach. Liturgię prowadził ks. Piotr Gaś, dk. Halina Radacz oraz ja, jego wnuk. W późniejszym terminie w gliwickim kościele, w którym zmarły służył przez 40 lat, zostanie odprawione nabożeństwo wspomnieniowe, na które zapraszamy wszystkich, którzy chcieliby pożegnać zmarłego.

„Zwiastun Ewangelicki” 8-9/2020